Rozdział 76 — Zabawy z czasem

Ten rozdział miał być o czymś kompletnie innym, jednak wena to kapryśnie stworzenie i zamiast tamtego wyszło to :D Ogólnie trochę namieszałam, brakuje tu ładu i składu, ale mam nadzieję, że jako tako ujdzie, no i obiecuję, że kolejny rozdział będzie lepszy (i zostanie dodany szybciej).

Rozdział 76 — Zabawy z czasem

Wojna skończyła się pięć lat później, jednak jej skutki były widoczne na każdym kroku. Świat mugoli i świat czarodziejów był istną ruiną, lecz czasu nie da się zatrzymać i trzeba było żyć dalej. Nic już nie było takie, jak wcześniej. Nic. Nie tylko ze względu na wojnę, w której byliśmy zmuszeni wziąć udział, głód, z którym walczyliśmy każdego dnia czy też strach, nie opuszczający nas nawet na sekundę. James i Syriusz zatrudnili się w Ministerstwie Magii pod fałszywymi nazwiskami i pomagali doprowadzić wszystko do porządku. Mugolska wojna dotknęła każdego mieszkańca ziemi – czarodziejów w nie mniejszym stopniu. Nasze prawdziwe tożsamości musiały zostać tajemnicą, od której zależały nasze życia. W latach czterdziestych podróże w czasie były karane śmiercią, a wytłumaczenie, że mieliśmy na ten fakt nikły wpływ, niewiele by dało.

Ostatnie pięć lat bardzo nas zmieniło. Już wcześniej walczyliśmy na wojnie, w naszych czasach, lecz nie była to tak jawna bitwa. Voldemort działał powoli i sprytnie, Hitler robił to na początku, później nie miał powodu, by kryć się ze swoimi intencjami. Byłam pewna, że nigdy więcej nie będę w stanie znieść hałasu i nie pomyśleć przy tym o tych wszystkich bombardowaniach.

Ale ostatecznie wojna się skończyła i chociaż świat ledwie się po tym pozbierał, ja, James i Syriusz w końcu mogliśmy naprawdę zabrać się za próbę powrotu do naszych czasów, co wcześniej nie było możliwe, z powodu upadku Ministerstwa.

Nie widziałam moich przyjaciół od długich pięciu lat, a z każdym dniem wszyscy powoli traciliśmy nadzieję. Dzięki znajomością i kilku magicznym przekrętom, byliśmy w stanie pozwolić sobie na kupno małego domu za Londynem. I tylko tam mogliśmy naprawdę być sobą. Nie było to nic wielkiego, ot zwykły domek, jednak jego ogród przyciągał swoją niesamowitą paletą barw i najróżniejszymi gatunkami roślin. Człowiek czuł się tam jak w jakiejś magicznej krainie i mógł nie wychodzić z niego przez długie godziny.

Tego dnia nie działo się nic nadzwyczajnego, więc ostatecznie skończyłam z książką na werandzie, czekając na powrót Jamesa i Syriusza, zastanawiając się, jak przekazać narzeczonemu nowinę, o której właśnie się dowiedziałam. Trzaski teleportacji dobiegły do moich uszu szybciej, niż bym się spodziewała. Odłożyłam książkę na bok, przeciągnęłam się leniwie i ruszyłam w kierunku dwóch, wykończonych mężczyzn.

— Cześć, Lily — powiedział Syriusz, targając pieszczotliwie moje włosy (Przynajmniej ten gest się nie zmienił przez te lata.).

Od Jamesa, jak zwykle, doczekałam się buziaka w policzek i czułego uśmiechu, który na jego zmęczonej twarzy wyglądał wyjątkowo rozczulająco.

— I jak w Ministerstwie? — zapytałam, ciągnąc ich do kuchni.

— Jak to w Ministerstwie — odparł James. — Syf, bieda i korupcja, nic nowego. Syriusz twierdzi, że przy odrobinie szczęścia uda mu się załatwić dla siebie przepustkę do Departamentu Tajemnic. Jeśli nasze źródła nie kłamią, przechowują tam najróżniejsze zmieniacze czasu.

— Jest też szansa na lewą pelerynę-niewidkę. Nie jest to peleryna Rogacza, ale na nasza wyprawę da radę. Jeśli ja będę miał przepustkę, to wszystko powinno gładko pójść.

— Myślicie, że to się uda? — zapytałam, sama nie wiedząc, co czuję.

Weszliśmy do kuchni i niemal natychmiast ruszyłam w kierunku lodówki, biorąc się za przygotowanie obiadu.

— Jeśli chcesz wrócić do domu, to powinnaś w to uwierzyć. I tak nie mamy już nic do stracenia. — Syriusz wzruszył obojętnie ramionami.

— Jestem w ciąży — wypaliłam, odwracając się do nich tyłem.

Niemal widziałam, jak Syriusz walczy, by nie zakrztusić się wodą, a mina Jamesa kolejno staje się zszokowana, pełna niedowierzania i… Właśnie, i?

— Lily — wyszeptał, zabierając mi z ręki marchewkę i nóż. — Siadaj — polecił otępiałym głosem.

— James, to jeszcze nie czas, kiedy muszę się oszczędzaj. Jestem w ciąży, nie umieram.

— Po prostu… po prostu usiądź — odparł łamiącym się głosem.

Odwróciłam się w jego stronę i dostrzegłam, iż jego twarz stała się mieszanką miliarda sprzecznych uczuć.

— Wiem, że to nie jest dobra pora, ale myślałam, że chociaż trochę się ucieszysz…

Wtedy to się stało. Szeroki, niemal szaleńczy, uśmiech rozświetlił jego twarz. Złapał mnie w talii i, absolutnie nic sobie nie robiąc z moich sprzeciwów, zaczął okręcać się wokół własnej osi, śmiejąc się jak ostatni wariat.

— Będę ojcem! Będę ojcem! Do diabła! BĘDĘ OJCEM! — krzyczał na całe gardło.

Odstawił mnie na ziemię i zaczął całować każdy fragment mojej twarzy. Objęłam go ramionami, ledwie widząc coś przez łzy wzruszenia. Jak z oddali słyszałam śmiech Syriusza i jego gratulacje. Dla mnie istniał już tylko James, jego koszula i ten wyjątkowy zapach. To jedno z moich najlepszych wspomnień.


Ministerstwo Magii nocą było przerażające, a z nową różdżką, którą ledwie kontrolowałam, nie czułam się ani trochę bezpieczna. Odwagi dodawał mi tylko James, który, odkąd tydzień wcześniej dowiedział się o ciąży, nie chciał opuszczać mnie ani na moment. Szliśmy obok siebie pod peleryną-niewidką, trzymając się za ręce.

Całą trójką zgodnie stwierdziliśmy, że teraz ważny jest już tylko powrót do naszych czasów. Z ksiąg, które udało nam się zdobyć w ciągu ostatnich pięciu lat wiedzieliśmy, że zwykłe dotknięcie piasku zawartego w zmieniaczu czasu powinno przenieść nas do czasów, z których pochodziliśmy. Na zdobycie tej wiedzy zmarnowaliśmy pięć lat, choć nawet mi samej ciężko w to uwierzyć. Pięć lat. Pięć lat. Pięć lat. To wciąż obijało się po mojej głowie, niczym jakieś upiorne echo. Pięć lat, w trakcie których stałam się kimś zupełnie innym. Jeszcze nigdy w życiu tak bardzo nikogo nienawidziłam, jak Voldemorta w tamtej chwili, gdy otwieraliśmy drzwi do Departamentu Tajemnic.

— W porządku? — wyszeptał James, wyczuwając moją zmianę nastroju.

Skinęłam krótko głową, wychodząc spod peleryny.

— I jak? Które to drzwi? — zapytałam, lustrując spojrzeniem okrągły pokój.

Black wzruszył ramionami.

— Trzeba poszukać — odparł, po czym otworzył pierwsze lepsze drzwi, ukazując nam okrągłą komnatę z kamiennymi trybunami i kamiennym łukiem na podwyższeniu. — Przerażające — stwierdził, wpatrując się w zasłonę, która powiewała złowieszczo wewnątrz łuku.

— Boisz się firanki, Łapo? — James uśmiechnął się blado, choć wyraz jego oczu mówił, że i on czuje przerażającą energię bijącą od pokoju.

Syriusz zamknął drzwi i mimowolnie odetchnęłam z ulgą, mając jednocześnie nadzieję, że nigdy więcej nie będę musiała oglądać tego pomieszczenia.

Cel naszej podróży znaleźliśmy za piątą próbą. Weszliśmy tam z jednakowo pędzącymi sercami i niepokojem wypisanym na twarzach.

— To co, chyba już nie ma odwrotu?

— Wyświadczcie mi przysługę i jeśli ten diabelny piasek zamieni mnie w dzieciaka, zabijcie mnie — mruknął Syriusz, ignorując słowa Jamesa.

Odgarnęłam moje długie włosy do tyłu, wzięłam głęboki oddech i ruszyłam do przodu.

— Teraz albo nigdy.


Współczesny Londyn okazał się być aż nazbyt współczesny i odmienny od tego, do którego przyzwyczajona byłam przez ostatnich pięć lat (Owszem, mam na myśli tę ponurą ruinę po bombardowaniach Niemców). Szum aut, kroki pędzących dokądś ludzi, hałasy codziennego życia – to wszystko było zbyt normalne dla naszych umysłów nastawionych na stan powojenny.

Gdy wyszliśmy na ulicę, miałam łzy w oczach i niemal natychmiast rzuciłam się na szyję Jamesa, składając na jego ustach niezdarny pocałunek.

— Wróciliśmy — wyszeptałam, kiedy on śmiał mi się do ucha.

— Wróciliśmy — potwierdził cicho.

— Lepiej patrzcie na to — zawołał Syriusz, robiąc tę swoją minę, zwiastującą głupi pomysł. — Przepraszam pana — zwrócił się do pierwszego lepszego przechodnia. — Wie pan, który mamy rok?

Mężczyzna najpierw zlustrował go spojrzeniem (a nasze nieco niewspółczesne ubrania musiały budzić mieszane uczucia), przez chwilę się wahał, aż w końcu pokręcił głową ze zniecierpliwieniem i wyminął chłopaka.

— Psychiatryk kilka ulic dalej — rzekł na odchodne, a Black wybuchnął serdecznym śmiechem.

— Na pewno wróciliśmy. Tylko w tych czasach możesz zostać obrażony przez przypadkowo spotkaną osobę, której zadasz proste pytanie.

Rzuciłam mu spojrzenie pełne politowania, po czym podeszłam do, stojącego kilka metrów dalej, kiosku i podniosłam z wystawy gazetę, sprawdzając datę.

— Nie było nas miesiąc — powiedziałam tępo. — Spędziliśmy pięć lat w piekle, a dla wszystkich innych minął tylko miesiąc.

Nie powinno mnie to tak zszokować; rozważaliśmy już taką opcję i właściwie była ona dla nas najlepsza. Więc moje ręce wcale nie powinny trząść się tak, jak podczas pierwszego bombardowania po śmierci pana Jonesa, który po roku wspólnego mieszkania, stał się dla nas kimś w rodzaju mentora. Oddech wcale nie powinien przyspieszyć. A serce absolutnie nie miało prawa bić w tak szybkim tempie.

— Lily? — zapytał James, delikatnie zabierając gazetę z moich odrętwiałych rąk.

— To atak paniki? Może powinieneś dać jej w twarz? — zasugerował poważnym tonem Syriusz i gdybym nie była w takim stanie, pewnie zmyłabym mu głowę.

— Nic mi nie jest — wydusiłam w końcu, gdy zebrałam wystarczająco dużo silnej woli na oderwanie spojrzenia od nieszczęsnej gazety. — To tylko szok.

— Wiecie, jak postawili mi nagrobek to chyba się obrażę — rzucił raźnym tonem Łapa, najwyraźniej uznając, że dawka jego poczucia humoru dobrze mi zrobi.

I chyba miał rację, bo kąciki moich ust lekko drgnęły.

— Jak dla mnie mogli postawić mi nawet pomnik żałobny, o ile nie dobrali się do mojej różdżki — stwierdziłam. — Ta nowa do niczego się nie nadaje, poważnie. Nawet robiąc prosty obiad przynajmniej trzy razy coś podpaliłam.

— No cóż, chyba powinniśmy wpaść do Hogwartu i powiedzieć staruszkowi, że wróciliśmy, na wszelki wypadek, gdyby uznali nas za martwych.

Podejrzewam, że żadnemu z nas nie uśmiechała się rozmowa z dyrektorem, do którego chowaliśmy urazę. Przez pierwsze dwa lata nie przestaliśmy wierzyć, że mężczyzna znajdzie jakiś sposób, by nam pomóc, a ostatecznie doszliśmy do wszystkiego sami, niejednokrotnie dla zdobycia potrzebnej wiedzy, ryzykując życie. A fakt, że utknęliśmy tam na pięć lat, odcięci od rodziny, przyjaciół, wszelkich informacji, nie ułatwiał nam racjonalnego obarczenia winą jednej osoby – Voldemorta. Po pięciu latach gehenny każdy staje się w twoich oczach winny, może nawet ty sam. Kiedy masz tyle czasu na myślenie, ostatecznie zawsze znajdziesz przynajmniej pięć rzeczy, które mogłeś zrobić inaczej, a które uchroniłyby cię przed sytuacją, w której się znalazłeś. Spójrzmy prawdzie w oczy, impas zdarza się w życiu wyjątkowo rzadko, a na ogół zawsze jest jakieś wyjście, tyle tylko, że nie jesteśmy na tyle odważni (lub wyrachowani), by go użyć.


Prysznic był rzeczą, do której dopiero na nowo się przyzwyczajałam. W naszym domu, tym z roku czterdziestego piątego, mieliśmy go dopiero od jakiegoś czasu – wcześniej sprawa z kąpielą była nieco bardziej skomplikowana.

Tak więc po rozkoszy, jaką okazała się bieżąca woda, myślałam już tylko o łóżku i śnie, ale, jak przystało na moje szczęście, w momencie, w którym pakowałam się pod kołdrę, ktoś zadzwonił do drzwi.

— Jeśli to Śmierciożercy, to przekażcie im, żeby wrócili jutro! — krzyknął Syriusz z pokoju gościnnego, a jego zaspany głos jasno mówił, iż nie ma najmniejszego zamiaru wstać z łóżka.

James tylko zachrapał głośniej, po czym wtulił twarz w poduszkę. Prychnęłam kpiąco i, mrucząc pod nosem wszystkie możliwe przekleństwa, ruszyłam w stronę drzwi wejściowych, jednak nim tam dotarłam dzwonek zadzwonił jeszcze trzy razy. W dłoni trzymałam nowo odzyskaną różdżkę (którą na szczęście przechował Dumbledore), chociaż jednocześnie świetnie wiedziałam, iż Śmierciożercy nie trudziliby się pukaniem. A zaklęcia otaczające dom czynią go prawie nietykalnym.

Otworzyłam i gdy ujrzałam w nich Remusa i Petera, złość natychmiast ze mnie uleciała. Po kolei pociągnęłam lekko zaskoczonych chłopaków do uścisku.

— Merlinie, jak ja się za wami stęskniłam! — zawołałam, wpuszczając ich do środka. — Chodźcie do kuchni, zrobię kawy.

— Zmieniłaś fryzurę — zauważył przytomnie Remus. — Masz długie włosy, ostatnio chyba były krótsze…

— Dumbledore wam nie powiedział, ile czasu dla nas minęło, prawda? — zapytałam, nie odwracając się w ich stronę.

— Powiedział tylko, że już wróciliście, nic więcej. — Peter wzruszył ramionami, a po chwili otworzył drzwi do kuchni.

— Jak długo? — wtrącił się Lupin z tą swoją wrodzoną delikatnością.

— Zbyt długo. — Westchnęłam pod nosem i zabrałam się za przygotowanie kawy. — Chłopcy śpią. Wierzcie lub nie, ale podróże w czasie są okropnie wyczerpujące. — Uśmiechnęłam się, zmieniając temat. — A jak tam w Zakonie? Dumbledore nic nam nie powiedział. Stwierdził, że za

nim przejdziemy do spraw Zakonu, najpierw musimy porządnie odpocząć.

— Marlena nie żyje, a Edgar jest w szpitalu — wypalił Peter, a słoik z kawą wypadł mi z rąk, rozbijając się z hukiem na podłodze.

— Zwariowałeś Peter? — Głos Remusa brzmiał jakby z oddali. — Zobacz w jakim ona jest stanie, trzeba było trochę poczekać!

— Jest w Mungu? — zapytałam dla pewności.

— Lily…

— Na jakim oddziale?

— Lily, musisz odpocząć, spójrz na siebie! Ledwo trzymasz się na nogach, zaraz zemdlejesz i tyle z tego będzie.

— Świetnie! — warknęłam. — Sama sobie poradzę!

Nic sobie nie robiąc z nawoływań Lupina, ruszyłam biegiem na górę, narzuciłam na siebie pierwsze lepsze ciuchy, nadające się na wyjście w nich z domu, po czym wybiegłam – dosłownie wybiegłam – przed dom i, po przekroczeniu barier ochronnych, teleportowałam się w ciemnym zaułku, nieopodal Świętego Munga.

Rozdział 75 — Witamy w przeszłości

Przepraszam ogromnie za opóźnienie. Długo mi to zajęło, ale jest. Mam nadzieję, że końcówka nie jest zbyt kontrowersyjna, bo starałam się w niej zamieścić nieco głębszy przekaz :-)

* * *

Rozdział 75 — Witamy w przeszłości

Nigdy nie wierzyłam w miłość od pierwszego wejrzenia, w motyle w brzuchu na czyjś widok, w chęć poświęcenia się za drugą osobę. Dopiero z czasem nauczył mnie tego pewien niezwykły mężczyzna. Pokazał, czym są namiętności, pragnienia, pokusy, złamane serca. James Potter odmienił moje życie na milion różnych sposobów. Pewnego dnia po prostu przyparł mnie do ściany i pocałował mocno, wiedząc to, co ja dopiero zaczynałam rozumieć. Że ja po prostu muszę być jego, a on mój. Może on już wtedy był tego świadomy na ten swój szczeniacki sposób?

Tamten dzień miał być idealny. Miał być naszym prywatnym, małym cudem. I, kiedy w lustrze, pierwszy raz od dawna, dostrzegłam piękną, szczęśliwą dziewczynę, wierzyłam, że taki właśnie będzie. Dzień, w którym dla Jamesa miałam istnieć tylko ja, w którym liczyła się tylko druga połówka.

Wszystko zapowiadało się dobrze i nic nie zwiastowało zbliżającego się niebezpieczeństwa. Pogoda była piękna, choć mroźna. Słońce skryło się gdzieś za grubymi chmurami, z których raźno prószył śnieg. Pamiętam doskonale, że w drodze do samochodu Frank, śmiejąc się bezczelnie, pomagał mi i Alicji nie zaliczyć spotkania z ziemią przez nasze wysokie obcasy.

Kiedy dojechaliśmy do urzędu moje serce na przemian zwalniało i przyspieszało, a w głowie szumiało mi jak po ognistej whisky. Nim się obejrzałam, szłam w kierunku ubranego w czarny garnitur Jamesa, pragnąc zapamiętać tę chwilę do końca życia. Obcasy, do których nie byłam przyzwyczajona, nieco utrudniały mi utrzymanie równowagi, lecz ostatecznie obyło się bez upadku. Czułam na sobie spojrzenia wszystkich zebranych ludzi, jednak w tamtym momencie interesowały mnie tylko te piękne, brązowe oczy.

Muzyka przestała grać, a James złapał mnie delikatnie za rękę. Uśmiechnęłam się z trudem i chłopak odwzajemnił ten gest. W eleganckim garniturze i z tymi swoimi niesfornymi włosami wyglądał po prostu uroczo; z trudem powstrzymałam chęć dotknięcia czule jego policzka.

— Chyba mam tremę — wyszeptałam.

— Panie i panowie — zaczął urzędnik, gdy na sali zapadła cisza, jednak prawie od razu przerwał mu głośny hałas, jakiego narobiły wybite z zawiasów drzwi.

Odwróciłam się gwałtownie w tamtym kierunku, ale nie zdążyłam zrobić wiele, gdyż na widok mężczyzny w czarnej szacie James natychmiast odepchnął mnie do tyłu, zasłaniając własnym ciałem. W myślach zanotowałam, aby po wszystkim przypomnieć mu, że nie jestem dzieckiem, o które musi się nieustannie troszczyć.

Niemal natychmiast wszystkie różdżki zostały wycelowane w Czarnego Pana, choć doskonale wiedzieliśmy, że nikt nie ma z nim szans. Oddech zamarł mi w gardle. Różdżka. Została w domu. Przecież suknie ślubne nie mają kieszeni! Byłam absolutnie bezbronna i nagle uświadomiłam sobie, że może jednak stanięcie za Jamesem nie jest takim głupim pomysłem.

— Spokojnie — syknął zimny głos spod kaptura, a oczy jego właściciela zalśniły złowrogim szkarłatem. — Jestem tu tylko po to, by dać parze młodej niezapomniany prezent.

Zwrócił się w moją stronę, uśmiechając się obrzydliwie. Serce podeszło mi do gardła – niemal zdążyłam zapomnieć o strachu, jaki wzbudzał widok tej twarzy. Twarzy, która prześladowała mnie w najgorszych koszmarach. Stał przede mną człowiek, który był przyczyną śmierci wszystkich bliskich mi osób. Śmierci Dorcas. Przymknęłam oczy, na myśl o mojej najlepszej przyjaciółce, która powinna teraz stać obok Alicji i Anabell, w sukni druhny.

— Słodka Lily Evans — warknął — wyślę was w wyjątkową podróż poślubną. Obawiam się jedynie, że macie bilet w jedną stronę. Ale będzie razem. Bla, bla, bla, będziecie mieli siebie, więc, jak to mawia stary Dumbledore, poradzicie sobie. Najwyżej zginiecie razem, to też dobrze, no nie?

Poczułam, że Syriusz łapie mnie mocno za rękę i celuje własną różdżką w Czarnego Pana. Jego obecność przy moim boku wydała mi się nagle niesamowicie kojąca.

— Po moim trupie, gadzino! — powiedział, dokładnie cedząc każde słowo. — Wara od moich przyjaciół!

— Syriusz Black, czyż nie? — rzekł kpiąco. — Wstyd i hańba Oriona i Walburgi. Z pewnością będą mi wdzięczni, kiedy pozbawię ich takiego syna. Ty i Potter jesteście nierozłączni, więc moi drodzy nowożeńcy nie będą mieli mi za złe, jeśli zabierzesz się z nimi. Obawiam się jednak, że ty też nie załapiesz się na bilet powrotny.

— O czym ty, do cholery, mówisz?! — krzyknął James ze wściekłością wymalowaną na twarzy.

Nie mogłam uwierzyć, że to naprawdę się dzieje. Że ten… to coś rujnuje najlepszy dzień mojego życia. Niespecjalnie obchodziły mnie jego słowa, choć i one miały sporo wspólnego z szybko bijącym sercem i suchością w ustach. Ponad wszystko jednak przeważała w mojej głowie jedna myśl.

Co z ludźmi, którzy pojawili się na ślubie?

Anabell, która przyjechała aż z Afryki, Alicja, Frank, Edgar, Hestia, Emmeline. Nawet piekielna Petunia zaszczyciła mnie swoją obecnością! A teraz jej życie… życia ich wszystkich były narażone. Z mojej winy. Jasno dał mi do zrozumienia, że to moja wina. Moja i Jamesa. Ale jak moglibyśmy żyć sami ze sobą, gdybyśmy z nim nie walczyli? Miałam ochotę prychnąć, gdy przypomniałam sobie słowa Dumbledore’a. „Konieczne ryzyko. Z ratowaniem ludzi zawsze wiąże się ryzyko.”.

Spojrzałam w kierunku Edgara, który stał wyprostowany jak struna u boku Hestii. Oboje wyglądali wyjątkowo pięknie. Dziewczyna miała na sobie jedną z tych swoich ślicznych, własnoręcznie uszytych sukienek. Edgar z kolei wystrojony był w biały garnitur, do którego włożenia zapewne zmusiła go panna Jones.

Różdżki obojga były wysoko uniesione. Chłopak spojrzał na mnie niemal w tym samym momencie i nasze spojrzenia się spotkały. Miałam nadzieję, że mój przyjaciel zrozumiał przekaz.

Chroń gości, Edgar! — pomyślałam rozpaczliwie.

Nie miałam pojęcia, co Czarnoksiężnik dla nas przygotował, jednak byłam pewna, że nie będę w stanie pomóc nikomu z mojej rodziny. Ci wszyscy bezbronni ludzie, którzy znaleźli się w tym miejscu przeze mnie… Przygryzłam wargę aż do krwi, lecz nie przejęłam się jej metalicznym posmakiem w ustach.

Ręką, której nie trzymał Syriusz złapałam dłoń Jamesa. Zrobiłam to w momencie, w którym z różdżki Voldemorta wydobyło się oślepiające, złote światło. Zamknęłam oczy, czując w głowie nieprzyjemny szum, nasilający się z każdą chwilą. Jedynym, co pozwoliło mi powstrzymać łzy, były dwie ciepłe dłonie, które ściskałam z całej siły. Po chwili jednak straciłam przytomność.


Otworzyłam oczy i jęknęłam na niespodziewane uczucie mdłości, które mnie ogarnęło. Moja dłoń odruchowo powędrowała do ust, jednak nic to nie dało i po chwili zwróciłam całe śniadanie. Czułam, że czyjeś ręce trzymają moje włosy, jednak nie miałam głowy, by czuć wdzięczność. Wszystko we mnie skupiało się na rozpaczliwych skurczach żołądka i zawrotach głowy. Kiedy okazało się, że nie mam już czego zwracać ktoś podsunął mi pod nos szklankę z wodą. Przyjęłam ją i prawie jęknęłam z rozkoszy, kiedy zimna ciecz ukoiła ból w moim gardle. Dopiero, kiedy opróżniłam ją do połowy byłam w stanie się na czymkolwiek skupić. Podniosłam się na nogi i znów czyjeś ręce mi w tym pomogły.

— Niech mi będzie Bóg świadkiem, że czegoś takiego jeszcze nie widziałem — mruknął starszy mężczyzna, który okazał się moim „pomocnikiem”.

Spojrzałam na niego niepewnie i po chwili skupiłam się na otoczeniu. Znajdowałam się w małym, przytulnie urządzonym salonie i… i właśnie zniszczyłam komuś dywan…

— Nie martw się o to, Martha się tym zajmie. — Człowiek machnął ręką. — Bardziej mnie interesuje, jakim cudem ludzie pojawiają się ni z tego, ni z owego w moim domu… I czemu jesteś tak ubrana?

— Brałam ślub — udało mi się wykrztusić. — Pan wybaczy, ale gdzie ja właściwie jestem?

— W Londynie oczywiście! — zawołał i spojrzał na mnie dziwnie. — Wiesz, jak się tu znalazłaś? To nie wyglądało na teleportację…

— Jest pan…?

— A gdzie tam, mam przyjaciela, który jest czarodziejem — przerwał mi.

— Och, w porządku — mruknęłam. — Przepraszam, ale muszę iść i znaleźć mojego narzeczonego.

— Och, mam tam już takich dwóch przystojniaczków, zjawili się godzinę przed tobą. Są w bibliotece, nieprzytomni, ale bardzo żywi. Chodź, zaprowadzę cię. Teraz i tak byście nigdzie nie poszli, zaraz zacznie się nalot.

Spojrzałam na niego ze zdezorientowaniem w oczach.

— Co się zacznie?

— Nalot oczywiście. Cholerni Niemcy…

— Ale… Ale pan chyba nie ma na myśli… O Merlinie, który mamy rok?

Miałam wrażenie, że tym pytaniem udowodniłam mu, iż nie należę do zbyt inteligentnych ludzi, lecz miałam większe zmartwienia. Moje serce biło jak szalone. Na pewno nie miał na myśli… Nie mógł przecież… Och, przecież podróże w czasie to najbardziej zaawansowana dziedzina magii! Nawet Voldemort nie mógłby tak po prostu tego zrobić!

— Dobrze się czujesz, moja droga? Jest rok 1940…


Siedzieliśmy na dachu domu pana Jonesa, przytuleni do siebie mocno.

— Kocham to uczucie. — Westchnęłam i oparłam głowę na jego ramieniu. — Kiedy patrzysz w niebo i nagle zdajesz sobie sprawę, że przy jego ogromie jesteś tak bardzo mały, tak bardzo nic nieznaczący.

— Moja mała optymistka. — Zaśmiał się, przytulając mnie mocniej i składając pocałunek na moim czole. — Chyba nie tak wyobrażałem sobie naszą podróż poślubną — stwierdził po chwili, a jego wzrok utkwiony był w ciemnym niebie.

— Tak, ja chyba też… Uwięzieni w roku 1940, w samym środku Bitwy o Anglię. W każdej chwili może się zacząć nalot, a my nie mamy dokąd pójść… — Westchnęłam. — James?

— Hmm?

— Jak się stąd wydostaniemy? — zapytałam cicho, lecz odpowiedziała mi cisza.

Zadrżałam, kiedy wiatr mocniej zawiał. James spojrzał na mnie i pierwszy raz tego dnia ujrzałam w jego oczach strach zmieszany z bezradnością.

— Nie wiem — wyszeptał w końcu. — Naprawdę nie wiem, Lily.

— Zakochaaani — rozległ się po chwili znajomy głos i jęknęłam cicho, ukrywając twarz w koszuli mojego narzeczonego.

— Myślałam, że ten głupek miał znaleźć przyjaciela pana Jonesa.

— Słyszałem, Ruda. — Syriusz potarmosił mi włosy i uśmiechnął się bezczelnie. — John mnie teraz nie puści, zaraz zacznie się nalot. Twierdzi, że zmieścimy się w schronie, więc możemy tu zostać. Ten człowiek prędzej wyzionie ducha, niż odda nas Niemcom…

— Jesteś z nim po imieniu? — zapytałam, marszcząc brwi.

— No pewnie, to równy facet. Chociaż chyba ma nas za dziwaków. To pewnie przez garnitur. Mówiłem Jamesowi, że źle wyglądam w garniturach, ale uparł się, że na jego ślub mam założyć piekielny garnitur.

James spojrzał na niego z irytacją, ale chłopak nic sobie z tego nie zrobił i usiał obok nas, przewieszając nogi nad krawędzią dachu.

— Ładnie, nie? Jak na wojnę… Kurczę, Bitwa o Anglię… Słyszałem o niej tylko z książek. Nie sądziłem, że kiedyś ją zobaczę.

— Łapo, przecież ty nie umiesz czytać — wtrącił złośliwie James.

— Tamta książka miała obrazki — zażartował Syriusz i zamilkł, wpatrując się przed siebie.

Mógł sprawiać wrażenie niewzruszonego całą sytuacją, jednak w jego bladoniebieskich oczach wyraźnie widać było ślady zmartwienia. Nastała między nami cisza, w czasie której każde z nas całkowicie pogrążyło się we własnych myślach. Kolejny raz zadrżałam i James niemal automatycznie zarzucił mi na ramiona swoją marynarkę, znów całując mnie przy tym w czoło.

— Myślicie, że nas znajdą? — zapytałam w końcu przez zaciśnięte gardło.

— Dumbledore coś wymyśli — odparł pewnie Syriusz. — Staruszek ma głowę na karku, na pewno coś wymyśli.

— A co jeśli nie? Co jeśli będziemy musieli tu zostać?

— Nieźle to sobie zaplanował — mruknął James. — Ślizgońska gnida…

Niespodziewanie rozległ się głośny alarm i jak oparzeni zerwaliśmy się na nogi.

— Zaczyna się — mruknęłam ponuro, biegnąc w stronę klapy prowadzącej do wnętrza domu.

 


 

Schron był mały i ciemny, jednak, jak powiedział pan Jones, zmieściliśmy się tam bez problemu. Pies pana Jonesa położył mi łeb na kolanach, dodając mi przy tym ciepła. W zamian drapałam go za uchem, a James drażnił się z Syriuszem, rzucając komentarze na temat jego powiązania z psami. Zdawało się, że nawet koniec naszego normalnego życia nie jest w stanie zniszczyć ich poczucia humoru.

— Och, Łapo, ale ten pies wygląda naprawdę pięknie. Może pan powtórzyć, jak się nazywa? — zapytał pana Jonesa.

— Caroline — odparł mężczyzna, przyglądając się czule suczce. — Jest ze mną od wielu lat, kupiliśmy ją z żoną jeszcze przed wojną.

— Widzisz, Syriuszu, Caroline to piękne imię. Jestem pewien, że twoja dziewczyna może się nazywać Caroline.

— Odwal się, Rogaczu — burknął tamten.

— Bulwersujesz się, bo jesteś singlem, no nie? — Potter uśmiechnął się zaczepnie. — Ja mam Lily, Bones ma Jones, Glizdek ma Sarę, a ty nie masz nikogo, Łapciu.

— Odwal się — powtórzył chłopak i nagle uderzyło mnie, że unika wzroku przyjaciela.

James musiał to zauważyć w tym samym momencie, bo jego uśmiech momentalnie został zastąpiony przez szok.

— O Merlinie, masz kogoś, prawda? — wykrztusiłam, na co Black rzucił mi mordercze spojrzenie.

— To nie wasza sprawa! — warknął ostro, a James ryknął śmiechem.

Spojrzałam na mojego narzeczonego z niesmakiem.

— Nie przejmuj się nim, Syriusz — poradziłam. — Miłość to cudowna sprawa.

— Zakochany Black — wykrztusił James i znów zaczął się śmiać jak szalony.

— Ładna jest? — zapytałam, ignorując komentarz Pottera.

— Odpuść, Evans, nie chcę o tym gadać.

— Daj spokój, przecież nie ma nic złego w tym, że się zakochałeś.

— Proszę cię, nie drąż — odparł i nagle w jego głosie zabrzmiało prawdziwe zmęczenie. — Szanse, że jeszcze zobaczę tę osobę są bliskie zera, więc to bez znaczenia.

— Powiesz mi chociaż, jak się nazywa?

— Raczej nie.

James, który w końcu się nieco uspokoił, poklepał przyjaciela po ramieniu.

— Znajdziemy sposób, żeby wrócić, stary. Wtedy nam ją przedstawisz. Musi być naprawdę piękna, jeśli faktycznie czujesz do niej coś więcej.

— Dzięki, James — warknął ironicznie Syriusz i skrzywił się lekko. — Czułem coś do wielu osób. Kiedyś nawet myślałem, że jestem zakochany w Oliverze Cooperze. — Zaśmiał się ponuro. — Był trzy lata starszy ode mnie. Pierwszy chłopak, jaki kiedykolwiek mi się podobał. Żebyś widziała swoją minę, Evans — parsknął. — Nigdy nie słyszałaś o biseksualizmie? Powinnaś się doedukować, nie żyjemy w średniowieczu. Zresztą nieważne, nie będę ci robił wykładu o tym, że mam prawo chodzić do łóżka z kim chcę. Poza tym to nie zawsze chodzi tylko o seks. Wiem, że to tak wygląda, ale… Cholera, nawet ja czasem czuję coś więcej niż tylko pożądanie… No ale właściwie to zazwyczaj jednak chodzi o seks — mruknął pod nosem i zachichotałam mimo woli.

— Naprawdę byłeś już z chłopakiem? — zapytałam po chwili.

Wzruszył ramionami i usiadł wygodniej na twardej ziemi.

— Ta, z kilkoma.

— I jak?

— A jak miało być? Pytasz o to, czy to się czymś różni? Zawiodę cię, było tak samo, jak z każdą inną dziewczyną. Uczucie dość szybko się wypaliło, a zrywając wychodziłem na drania. A co do seksu, to właściwie sam nie wiem. Z facetem jest inaczej, ale nie umiem ci powiedzieć, czy lepiej. Zresztą seks to seks.

— Merlinie, Black, przestań deprawować moją narzeczoną! — zawołał James.

— Pytała to powiedziałem. — Chłopak wzruszył ramionami i znów zwrócił się do mnie. — Pierwszy raz byłem z chłopakiem, żeby zrobić na złość rodzicom. To był jakiś mugol. Pokłóciłem się z ojcem i wybiegłem z domu. Miałem może piętnaście lat, to chyba były wakacje. Ojciec wybiegł za mną, a ja złapałem pierwszego lepszego chłopaka, którego zobaczyłem, przyparłem go do ściany i pocałowałem. Ojciec dostał białej gorączki, kiedy wróciłem do domu. Na ulicy nie chciał się przyznać, że jestem jego synem. Do dziś nie wiem, jak nazywał się tamten chłopak, ale pamiętam jego wyraz twarzy. — Uśmiechnął się łobuzersko. — Podobało mu się, jestem pewien. Później mi się oberwało za ten numer. Przez następny miesiąc nie mogłem usiąść bez bólu w całym ciele. Ojciec znał zaklęcia, które nie zostawiały śladów. Ale nie żałowałem. Było warto. Właściwie, to nie ma znaczenia, czy to chłopak, czy dziewczyna. Zawsze podchodziłem do tego tak, że ktoś po prostu musi wstrząsnąć moim światem, być wyjątkowy, wzbudzić we mnie to właściwe uczucie. Płeć nie miała w tym nic do rzeczy.

— Łał. Syriuszu, to było prawie głębokie.

Posłał mi swój firmowy uśmiech i oparł głowę o ścianę, tak, że jego zbyt długie włosy opadły mu na twarz.

— Znalazłeś tę osobę? — zapytałam po chwili ciszy. — Tę, która rozbudziłaby w tobie to uczucie?

Spojrzał na mnie spod półprzymkniętych powiek, a wyraz jego twarzy, o dziwo, był poważny.

— Mam taką nadzieję — powiedział w końcu.