Miesięczne archiwum: Maj 2016

Rozdział 73 — Zaufaj sercu

Jak już wspomniałam na facebooku, na którego serdecznie was zapraszam, historia powoli chyli się ku końcowi. Myślę, że napiszę jeszcze kilka rozdziałów, może nawet kilkanaście, ale twórczość potterowska zaczyna mnie coraz bardziej męczyć. Chciałabym napisać coś własnego, całkowicie niezależnego, a ogrom opowiadań potterowskich, jakie piszę uniemożliwia mi to. Ale nie martwcie się, jestem bardzo przywiązana do tej historii, więc nie pozwolę jej odejść bez odpowiedniego zakończenia ;)

Rozdział jest niesprawdzony i nie powala ani długością, ani treścią, ale powoli zbliżają się wakacje, więc jedyne co mogę zrobić, to obiecać poprawę. Najbliższe dni będą dla mnie ciężkie, więc nie licznie na wiele w pierwszych tygodniach czerwca, To tyle z mojej gadaniny, zapraszam do czytania ;)

* * *

Rozdział 73 — Zaufaj sercu

Szłam ramię w ramię z Edgarem przez park pełen roześmianych dzieci. Przyglądałam się im z lekkim uśmiechem, słuchając jednocześnie opowieści Edgara o tym, jak pewnego razu pomylił swój pokój w hotelu z pokojem pewnych nowożeńców.

— Nie wiedziałem, co robić. Wpadli tam niemalże już bez ciuchów. Co miałem im powiedzieć? Że spiłem się z kolegami i nie potrafiłem rozróżnić szóstki od dziewiątki? To by nie przeszło, zwłaszcza, że koleś wyglądał na gotowego przyłożyć każdemu, kto by mu przerwał.

— I co zrobiłeś? — zapytałam z rozbawieniem, odrywając wzrok od dzieci i patrząc prosto w jego wesołe oczy.

— Wlazłem do szafy — odparł i uśmiechnął się głupkowato.

Parsknęłam śmiechem. Wsuwając ręce do kieszeni spojrzałam na niego z politowaniem. Wiatr zawiał mocniej, przez co oboje nieco się wzdrygnęliśmy.

— Miałeś dobre widoczki?

— Starałem się nie patrzeć, ale zaklęcie wyciszające nie wchodziło w grę. Gdyby zażyczyli sobie czegoś z szafy miałbym przerąbane.

— Ale z ciebie głupek. Nie mogłeś się deportować?

— Byłem pijany, nie teleportacja mi była w głowie. Zresztą pewnie skończyłbym jak Potter i Black w urodziny Remusa.

— No wiesz, ponoć całkiem nieźle się bawili na tych Hawajach. Tylko tamtejsze czarodziejskie władze nie były zbyt zadowolone ze złamania statusu tajności.

— No właśnie — podsumował chłopak. — Swoją drogą, wydaje mi się, że twój chłopak za mną nie przepada. Ma ku temu jakiś konkretny powód?

— James? — Znów się roześmiałam. — Ten wariat jest ostatnio koszmarnie zazdrosny. Chyba Syriusz naopowiadał mu jakichś głupot, ale spokojnie, już ja sobie z nim o tym porozmawiam. Nie bierz tego do siebie, James od kilku dni zachowuje się jak nie on. Wciąż się przy mnie jąka, a koniec końców ucieka, jakby się gdzieś paliło.

— Nie przyszło ci do głowy, że chciałby cię o coś zapytać? — zapytał Edgar, siadając na ławce i wskazując ręką, bym zrobiła to samo.

— Daj spokój. Ja jestem zdania, że wciąż dobrze nie wytrzeźwiał po ostatniej imprezie z Syriuszem. Ten wredny kundel ostatnio spędza z nim tyle czasu, że zastanawiam się, czyim chłopakiem jest James… Ale koniec o mnie, mów lepiej, co tam u Hestii. — Uśmiechnęłam się do niego znacząco, jednak on zdawał się nic nie zauważyć i niemal natychmiast wyraźnie się ożywił.

— Och, ostatnio odwiedziliśmy razem jej rodziców na wsi. To mugole, ale jej ojciec to naprawdę świetny gość. Uczył mnie łowić ryby. Stwierdził nawet, że jestem najlepszym partaczem w tej sprawie, jakiego kiedykolwiek spotkał.

Jego twarz była tak pełna dumy, że nie miałam serca tłumaczyć mu, że partacz to mugolskie określenie na kogoś, kto wszystko psuje. Zaśmiałam się więc jedynie i znów wróciłam spojrzeniem do dzieci.

— Jeśli tak bardzo chciałabyś mieć dziecko — zaczął chłopak, zauważając moje spojrzenie — to czemu się z Jamesem o nie nie postaracie. Jesteście młodzi i założę się, że z waszym życiem seksualnym wszystko jest w najlepszym porządku.

— O to się nie musisz martwić — fuknęłam, jednak mimowolnie poczułam, jak do twarzy napływa mi krew.

— Więc czemu jeszcze nie jesteś w ciąży, hmm? Nawet głupi by zauważył, jak szczerzysz się do tych wszystkich dzieci.

Westchnęłam cicho. Wiatr zawiał mocniej, sprawiając, że włosy zaczęły nieznośnie wpadać mi do oczu. Upalne lato z każdym dniem coraz bardziej odchodziło w zapomnienie, a jego miejsce zajmowała deszczowa, nawet jak na Anglię, jesień.

— Sama nie wiem. To nie jest dobry czas na dziecko, nie sądzisz?

— Sądzę, że jeśli tego chcesz, to nie powinnaś czekać.

— Jest wojna, Edgar — powiedziałam niecierpliwie. — Żadne dziecko nie zasłużyło, by wychowywać się w takim czasie.

— Takie myślenie w niczym ci nie pomoże, ale właściwie to twoja decyzja.

Na moment zapanowała między nami cisza, którą ostatecznie to ja przerwałam.

— Naprawdę myślisz, że to mogłoby się udać?

Wzruszył ramionami i uśmiechnął się do mnie lekko.

— No pewnie. A jeśli mam już się wypowiadać na ten temat, to uważam, że byłabyś świetną mamą. Może nie pozwalałabyś dzieciakowi na wszystko, ale od czego jest James? On i Black zajęliby się rozpuszczeniem go.

— Och, dobrze, że to powiedziałeś. — Wyszczerzyłam wesoło zęby. — Zanotować: nie dać się zbliżyć Blackowi do dziecka. — Zamilkłam na moment, lecz po chwili postanowiłam wypowiedzieć wszystko, co w tej sprawie leży mi na sercu. — Jest coś jeszcze…

— Dajesz.

— Co jeśli on nie jest na to gotowy?

— James?

Skinęłam głową.

— On ledwo potrafi zadbać o samego siebie, co dopiero o dziecko. Wciąż odwala z Syriuszem jakieś dzikie numery. Nie wiem, czy będziemy potrafili wychować je razem. Teraz jego lekkoduszność mi nie przeszkadza, ale dziecko to ogromny obowiązek. Nie wiem, czy on da sobie z nim radę. Muszę być pewna, że mogę na niego liczyć, że nie będę musiała radzić sobie ze wszystkim sama. Póki co nie mam tej pewności.

— To chyba faktycznie ciężka sprawa — stwierdził, przyglądając mi się ze zmarszczonymi brwiami.

Otwierał właśnie usta, żeby coś dodać, lecz przerwał mu głos Hestii, która zadyszana biegła w naszą stronę.

— J-jestem — zawołała, z trudem łapiąc oddech i przysiadając na ławce obok nas.

— Znów spóźniona, panno Jones. — Zaśmiałam się i puściłam jej oko. — Masz coś na swoje usprawiedliwienie?

— Mieszkam w mugolskiej kamienicy — odparła i skrzywiła się ostentacyjnie. — Zalali mi mieszkanie. Kilka zaklęć załatwiłoby sprawę, ale oni uparli się, że pomogą mi doprowadzić wszystko do porządku i nie mogłam użyć czarów. Uff… Nigdy nie sądziłam, że spotkam tak irytującą parę mugoli. Kobieta wciąż mnie przepraszała, a facet nie mógł przestać opowiadać o swojej nowej pracy, przez którą nie stać ich na wymianę hydrauliki.

— Ale już wszystko w porządku? — zapytał Edgar, prawdopodobnie nieświadomie przybierając troskliwy wyraz twarzy. — Z mieszkaniem, mam na myśli. Bo gdybyś chciała to mam wolny pokój…

— Och, dziękuję, ale już wszystko okej. Kiedy się ich pozbyłam doprowadziłam mieszkanie do porządku i nie musiałam wzywać tego ich mugolskiego specjalisty.

— No to super. A teraz chodźmy na tę kawę — zawołałam i podniosłam się z ławki, po czym klasnęłam w dłonie z nagłym entuzjazmem.

Dwójka przede mną zaśmiała się, jednak posłusznie podnieśli się z ławki i, odruchowo łapiąc się za ręce, ruszyli za mną


— Wróciłam, jestem w domu, et cetera, et cetera — zawołałam, jednak tak jak się spodziewałam odpowiedziała mi głucha cisza.

Oszczędzając sobie westchnięcia, zsunęłam płaszcz z ramion i ruszyłam w kierunku schodów, które prowadziły na piętro. Próbowałam nie zwracać uwagi na napierającą z każdej strony pustkę. Jednak wciąż świeża w mojej pamięci rozmowa z Edgarem niczego mi nie ułatwiała. Czego się właściwie spodziewałam? Że w piątek wieczorem James będzie w domu? Niedoczekanie. Byłam pewna, że siedzi z Syriuszem i Peterem w jakimś mugolskim barze, bawiąc się w najlepsze. A ja, jak głupia, znów liczyłam, że spędzimy tą noc razem. Otworzyłam drzwi do sypialni, gotowa walnąć się na łóżko tak, jak stoję i w ostatniej chwili zamarłam. Cały pokój wypełniony był zapachowymi świeczkami, gdzieniegdzie leżały rozrzucone kwiaty lilii, a w powietrzu dało się wyczuć ich wyraźny zapach. Nie byłam pewna, co zrobić – w Jamesie naprawdę rzadko budził się romantyk i ciężki mi było sobie wyobrazić, że stało się to tym razem. A jednak autorem delikatnego dotyku na moich ramionach z pewnością był właśnie on. Wszędzie poznałabym te nietypowe perfumy. Czekolada zmieszana z niewyraźną nutą cytryny. Do ciężkich pięciu gromów, komu przyszło do głowy łączyć te dwa zapachy?! I jakim cudem wyszło mu to tak dobrze?!

— Tęskniłaś? — zapytał zachrypniętym głosem, kiedy zrobił sobie przerwę od całowania mojej szyi.

Odwróciłam się w jego stronę i, wplątując palce w jego niesforne włosy, wymruczałam:

— Bardzo.

Bardzo delikatnie dotknął ustami moich ust – nie jestem nawet pewna, czy do końca można było nazwać to pocałunkiem, jednak nie narzekanie mi było w głowie w tamtej chwili.

— Chciałem cię o coś zapytać — powiedział cicho — ale ostatnio nie było okazji. I chyba bałem się twojej reakcji…

— Już się nie boisz? — zapytałam z lekkim uśmiechem.

Wtedy to się stało. Odsunął się ode mnie, odchrząknął i mimo że na twarzy miał ten swój charakterystyczny łobuzerski uśmiech, to w jego oczach błyszczały dziwne nuty, które kojarzyły mi się ze strachem, jaki się w nich pojawiał, ilekroć robiliśmy coś skrajnie niebezpiecznego.

— No co ty, boję się jak cholera — stwierdził i przejechał dłonią po włosach, tworząc tym samym jeszcze większy bałagan na głowie.

Patrzył mi przez chwilę prosto w oczy i całą sobą musiałam powstrzymać chęć pogłaskania go po tym rozczochranym łbie. Jak kiedyś mogłam nie przepadać za tym wyrazem twarzy – nieco zbyt pewnym siebie, a jednocześnie słodko żałosnym.

Sięgnął ręką do kieszeni, po czym pochylił się w moją stronę i wyszeptał mi do ucha:

— Lily Evans, czy uczyniłabyś mi ten zaszczyt i została moją żoną?

Spojrzałam na niego całkowicie zszokowana. Więc to o to chodziło? Czy to o to chciał mnie zapytać od tak długiego czasu? I dlatego uciekał ode mnie jak spłoszony jeleń w ostatniej chwili?

Poczułam, że wciska mi coś w dłoń, więc spojrzałam w dół. W pudełeczku lśnił malutki, srebrny pierścionek. Zamrugałam gwałtownie, walcząc ze łzami.

— Srebro — wykrztusiłam zduszonym głosem. — Skąd wiedziałeś?

— Pomyślałem, że nie chciałabyś czegoś wielkiego czy drogiego, jak diament. Nigdy tego nie lubiłaś. Ale jeśli chcesz, możemy to wymienić — dodał szybko, jakby bojąc się mojej reakcji.

— Jest idealny, ty wariacie — powiedziałam, przytulając go mocno do siebie.

— Czyli się zgadzasz?

— Och, jeszcze pytasz? Oczywiście, że tak!

Uśmiechnął się do mnie tak szeroko, że przez myśl przeszło mi, iż mogło go to zaboleć. Nim jednak zdążyłam głębiej się nad tym zastanowić, wpił się w moje usta gwałtownie, uniemożliwiając mi myślenie o czymkolwiek innym niż jego usta. Tamtej nocy w ogóle już nie myślałam.


— Wiesz, posądziłabym cię o wszystko, ale nie o nieśmiałość. Zwłaszcza, że już kiedyś mi się oświadczałeś i zgodziłam się.

James spojrzał na mnie dziwnie znad wydania Proroka Codziennego i odłożył na stół szklankę z sokiem pomarańczowym.

— Nie oświadczam ci się codziennie, skąd miałem wiedzieć, jak zareagujesz? Kiedy robiłem to pierwszy raz byłem jeszcze gówniarzem.

— To dlatego tak dziwnie się zachowywałeś ostatnio?

— Nie zachowywałem się dziwnie! — zaprotestował, a jego mina wyraźnie mi powiedziała, iż ranię jego męską dumę; zaśmiałam się więc i dałam sprawie spokój.

— Masz dziś jakieś plany? — zapytałam, przeciągając się leniwie.

— Pomyślałem, że moglibyśmy spędzić ten dzień razem. No wiesz, we dwójkę. Ostatnio rzadko to robimy.

— Bo cały wolny czas spędzasz z chłopakami — zauważyłam z nutą złośliwości.

— A ty z Edgarem — odparł, marszcząc brwi, jak zawsze, gdy tylko rozmowa schodziła na temat Bonesa.

— Jesteś o niego zazdrosny — oznajmiłam i otwarcie się zaśmiałam.

— Wcale nie! — zaprzeczył i założył ręce na piersi, z całkowicie rozbrajającym, obrażonym spojrzeniem.

— Proszę państwa, oto James Potter, zazdrośnik roku.

Nie mogłam się powstrzymać i otwarcie wybuchnęłam śmiechem, widząc jego urażoną minę. Przypominał mi nieco, nachmurzone dziecko, a niedopięta koszula i rozczochrane włosy nadawały mu komicznego uroku.

— Nie mam pojęcia, co cię tak bawi — stwierdził sucho, kiedy zgięłam się wpół ze śmiechu. — Daj już spokój, w tym nie ma nic zabawnego.

— J-jesteś zazdrosny… — Przerwałam na moment i spróbowałam opanować salwy śmiechu, które same wyrywały mi się z ust. — O Edgara — dokończyłam i znów zaczęłam chichotać, jak wariatka.

W końcu chłopak uśmiechnął się lekko, wstał od stołu i pochylił się nade mną, z niebezpiecznym błyskiem w oku.

— A wiesz co? Może i jestem zazdrosny. Bo mam o kogo. Jesteś najlepszym, co mnie w życiu spotkało i nie dam sobie ciebie odebrać.

Nasze twarze dzieliły dosłownie milimetry i mogłam poczuć na ustach jego oddech.

— Edgar nie zamierza nikogo nikomu odbierać — powiedziałam już poważnie. — A ja nie zamierzam cię zostawić. Nigdy. Rozumiesz?

Zamiast odpowiedzi dostałam szybki pocałunek, po czym chłopak zajął na powrót swoje miejsce, jakby nic między nami nie zaszło. Postanowiłam nie protestować i dużo lżejszej atmosferze dokończyliśmy śniadanie, nie przejmując się szalejącą za oknem burzą.

— Możemy coś obejrzeć na tym mugolskim pudełku — zaproponował raźno, kiedy wstawiłam talerze do zlewu.

Przewróciłam odruchowo oczami.

— To się nazywa telewizor, ignorancie.

Machnął na mnie ręką i również wywrócił oczami. Odwróciłam się w stronę zlewu, zaczynając zmywać naczynia. Mogłabym to równie dobrze zrobić prostym zaklęciem, jednak robienie tego ręcznie zawsze mnie odprężało.

— Jeden gumochłon. To chcesz coś obejrzeć?

Rzuciłam okiem na zegarek na ręce i uśmiechnęłam się lekko.

— Jeśli się nie mylę, to leci właśnie Doktor Who. Chodź, poznasz faceta z niebieskiej budki. — Uśmiechnęłam się do niego szeroko i choć zrobił zdezorientowaną minę i tak posłusznie ruszył za mną. 

Rozdział 72 — Czas zmian

Uprzedzam, że rozdział jest niesprawdzony póki co – wersję poprawioną wstawię w nocy lub jutro, więc jeśli przeszkadzają wam literówki radzę poczekać. Większą część rozdziału pisałam o czwartej nad ranem, więc wypada ostrzec, że mogą pojawić się pewne nieścisłości. Jeśli na takowe traficie nie wahajcie się o nich wspomnieć w komentarzu, ja sama postaram się w najbliższym czasie przejechać po tekście wzrokiem :) Miłego czytania :)

* * *

Rozdział 72 — Czas zmian

To lato bez wątpienia należało do jednych z najgorętszych. Żar lał się z nieba, a uroki schładzające niewiele pomagały. Po deszczu natomiast ślad i słuch zaginął. Niemal wszystko zdawało się wrócić na swoje miejsce i pierwszy raz od dawna miałam szansę cieszyć się każdym kolejnym dniem. Śmierciożercy w ostatnim czasie znacząco przycichli i – choć wciąż martwiliśmy się, że planują coś większego – żadnemu z nas nie przeszło przez myśl narzekać. Dzięki ich obniżonej działalności mieliśmy więcej czasu dla siebie, a i szpital nie był już wiecznie przepełniony. Dlaczego więc mówię, że niemal wszystko zaczęło się układać? Otóż w tej utopii znajdował się jeden mały detal, któremu zdarzało się męczyć mnie podczas bezsennych nocy. Na imię było mu Marlena. Żałowałam tego, jak potraktowałam dziewczynę, w końcu przez długi czas była mi przyjaciółką, a w gorszym momencie nie wykazałam się należytym zaufaniem do jej osoby.

Próbowałam rozmawiać z dziewczyną, jednak ona stanowczo odmówiła utrzymywania ze mną dalszych kontaktów. Stwierdziła, pozwolę sobie zacytować, że „nie potrzebuje przyjaciółki, która jej nie ufa”. Wcale jej się nie dziwię, na jej miejscu pewnie przyłożyłabym sobie za samą czelność proszenia o rozmowę. Ale z drugiej strony wszyscy wiemy, że najpierw robię, a dopiero potem myślę.

Myślę, że to była połowa lipca – a może jego końcówka – kiedy Alicja w pełni doszła do siebie. Cieszyło mnie to. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak mocno tęskniłam za jej uśmiechem i radosnym spojrzeniem.

Byłam pewna, że powoli wszystko zaczyna się w moim życiu układać. Miałam pracę, przyjaciół i ukochanego chłopaka, który każdego wieczoru witał mnie z ogromnym uśmiechem na twarzy (a okazjonalnie kawałem, jaki dziwnym trafem, nigdy nie kończył się dla mnie dobrze).

Psuć zaczęło się dopiero pod koniec sierpnia, kiedy miałam za sobą najwspanialszy czas mojego życia. Właśnie wtedy spełniły się obawy Zakonu – doszło do wybuchu, który zabił około trzystu osób i zniszczył sporą część Londynu. A osoby, które jakimś cudem przeżyły ten armagedon zostały dobite przez Śmierciożerców, podczas ich ataku na tę część miasta. Ministerstwo miało ręce pełne roboty, by ukryć to wszystko przed mugolami. Do szpitala trafiły dziesiątki rannych, pamiętam dobrze, że dwudziesty dziewiąty sierpnia był jedną z najgorszych nocy w moim życiu.

Miałam akurat nocny dyżur i właśnie wyszłam z sali pani Patil, kiedy podbiegł do mnie blady jak ściana Benjamin Fenwick, mój przełożony, który działał również w Zakonie. Wystarczyło mi jedno spojrzenie na jego bladą twarz, by wiedzieć, że stało się coś złego.

— Był atak — stwierdził po prostu, patrząc mi prosto w oczy. — Odesłałem kilka osób na miejsce, ale zaraz będą tu przywozić rannych, więc będziesz mi tu potrzebna. Musisz mnie tylko zapewnić, że masz mocne nerwy, Lily. Mówią, że to była prawdziwa masakra, a walki wciąż trwają. Jeśli masz zemdleć, to lepiej, żebyś od razu poszła do domu.

— Zostaję — oznajmiłam bez wahania. — Ale — przyciszyłam głos — czy Zakon jest na miejscu?

— Dostałem wiadomość od Jamesa, więc jeśli o to pytasz to tak, walczy.

Pokiwałam głową i wzięłam głęboki oddech.

— To duży chłopiec, poradzi sobie — zapewniłam samą siebie i Benjamin posłał mi słaby uśmiech.

— Znajdź Betty Jordan, będzie nam potrzebna. Jak tylko to zrobisz jedźcie na dół. Powinna mieć dyżur na szóstym piętrze.

Skinęłam głową i ruszyłam biegiem w kierunku schodów. Betty była jedną z najlepszych uzdrowicielek, więc jej pomoc z pewnością była nam niezbędna. Kilka minut później w szpitalu rozegrało się ogromne zamieszanie. Pracownicy, którzy mieli wolne musieli przybyć, żeby nam pomóc, sami nie dalibyśmy sobie rady. Przysięgam, że jeszcze nigdy w życiu nie widziałam tyle krwi. Była po prostu wszędzie i nagle zrozumiałam, czemu Benjamin – ten ostry i niecierpiący lenistwa przełożony – dał mi możliwość powrotu do domu. Natknęłam się na niego raz albo dwa tamtej nocy i jeśli jego twarz była upiornie blada, to wolałam nie myśleć, jak wyglądam ja sama.

Tamtej nocy moją pacjentką została mała – może ośmioletnia – dziewczynka.

Syriusz wepchnął mi ją w ramiona ze słowami „Jej rodzice nie żyją, zamij się nią, ja wracam tam pomóc.”.

Dziewczynka płakała rozpaczliwie i kiedy zdałam sobie sprawę, że obcięto jej nogi za pomocą czarno-magicznej klątwy i nic nie mogę z tym zrobić miałam ochotę pójść w jej ślady. Gdyby straciła kończyny w jakikolwiek niemagiczny sposób lub gdyby zrobiło to zaklęcie tnące mogłabym z tym walczyć, ale na klątwę nie dało się nic poradzić. Mogłam jedynie zatamować krwawienie i delikatnie głaskać ją po włosach, kiedy wzywała mamę.

Wiedziałam, że nie mogę zostać przy małej, było mnóstwo ludzi, potrzebujących mojej pomocy i kiedy odchodziłam od dziecka, które nie chciało puścić mojej dłoni nienawidziłam samej siebie. Nagle z całą mocą uświadomiłam sobie, dlaczego ten czas nie jest odpowiedni na dziecko, którego tam pragnęłam. Nie mogłam pozwolić, żeby taka niewinna istota skończyła jak ta mała, przecież nie miałam żadnej gwarancji, że ja i James dożyjemy końca tej wojny.

Tamtej nocy przykryłam prześcieradłami więcej martwych ciał, niż kiedykolwiek wcześniej czy później.

Była czwarta rano i – chociaż walki ustały, jak się dowiedziałam od Petera, któremu musiałam doprowadzić rozpruty brzuch do porządku – w szpitalu wciąż panował harmider. Ubranie miałam ubrudzone krwią i wymiocinami, a zaklęcia, które uparcie rzucałam nic nie dawały.

— Skontaktowaliśmy się ze szpitalem we Francji — powiedziała około godziny jedenastej Betty, kiedy stanęłyśmy niedaleko siebie przy łóżkach rannych ludzi. — Przyślą nam kilku uzdrowicieli do pomocy, więc wkrótce powinno się nieco uspokoić.

— Niech Merlin błogosławi Francję — rzekłam z cichym westchnięciem. — Mamy stanowczo za mało uzdrowicieli w Anglii jak na te czasy. Nie wiesz przypadkiem, kiedy zjawią się aurorzy? Całe czwarte piętro jest pełne mugoli, którym trzeba wyczyścić pamięć.

— Nie mam pojęcia — odparła ze strapioną miną. — Aktualnie wiem jedynie, że nie żyje około trzydziestu aurorów, tylu przynajmniej zdążyłam naliczyć. Nie wiem w ogóle, czy przyjdą, może przyślą tutaj kogoś innego z Ministerstwa. Zresztą aurorom nieźle oberwało się podczas walki, więc połowa z nich teraz liże rany u nas.

— Byliśmy kompletnie nieprzygotowani na ten atak — stwierdziłam.

— A Śmierciożercy to wykorzystali — uzupełniła i wzruszyła ramionami z nietęgim wyrazem twarzy.

— Gotowe — zwróciłam się do mężczyzny, któremu naprawiałam złamaną ręką. — Przez najbliższych kilka godzin proszę nie nadwyrężać ręki, bo znów pan tu wyląduje.

Mężczyzna skinął głową i z zasępioną miną zwlókł się z łóżka.

— Pójdę na piąte piętro, tam mają za mało ludzi. Poradzisz sobie? — zapytałam lustrując pozostałą grupkę osób z lżejszymi obrażeniami.

— Tak, ci tutaj to już pikuś. Na piąte piętro przywożą tych gorzej rannych, więc faktycznie będzie lepiej jeśli tam pomożesz.

Posłałam jej zmęczony uśmiech i wyszłam na korytarz. Byłam w połowie schodów, kiedy ktoś aportował mi się bezpośrednio przed nosem. Zaklęłam cicho i pomogłam mężczyźnie złapać równowagę.

— Załapię się do pomocy uzdrowicielskiej? — zapytał, zwracając twarz w moją stronę.

Wciągnęłam gwałtownie powietrze.

— James! Merlinie, co ci się stało z nogą?!

— Zaklęcie rozpruwające. — Skrzywił się. — Byłoby gorzej, gdyby nie Syriusz. Rzucił tarczę, ale zaklęcie się przez nią przebiło.

— Przypomnij mi, żebym mu podziękowała przy najbliższej okazji — rzekłam, pomagając mu usiąść na schodach.

— Po prostu wstawisz mu zęby, gdy tu przyjdzie. Kiedy się deportowałem kilku mu brakowało — stwierdził z głupim uśmiechem.

— Pajac — mruknęłam i rozcięłam mu różdżką nogawkę od spodni. — Masz szczęście, że osłabił zaklęcie, inaczej skończyłbyś bez nogi. Z tym mogę jeszcze coś zrobić, ale uprzedzam, że przez dobry tydzień nie będziesz mógł chodzić. Oczywiście jeśli będziesz się mnie słuchał, a znając życie nie będziesz, więc nieco się to przeciągnie.

— Och i tak mam szczęście, że trafiłem na najlepszą uzdrowicielkę w tym szpitalu — zażartował i zaraz się skrzywił, kiedy zaczęłam rzucać zaklęcia lecznicze.

— Jak źle jest? — zmieniłam temat. — To znaczy, po bitwie.

— Bardzo. — Porzucił swój beztroski wyraz twarzy i spojrzał na mnie z troską. — Ilu martwych do was przywieziono?

— Przestałam liczyć — powiedziałam cicho. — A Syriusz? Remus? Peter? Edgar?

— Syriuszowi nic poważnego nie jest oprócz kilku wybitych zębów i uszkodzenia jego pięknej buźki. Petera odesłałem do ciebie, potem go nie widziałem. Edgara widziałem z Hestią i Alicją, zajmowali się Śmierciożercami, których złapaliśmy. Remusa nigdzie nie widziałem, nawet nie wiem, czy tam był. Spróbuję się z nim skontaktować, kiedy wrócę do domu.

— Zrobione — stwierdziłam, odsuwając się. — A teraz jazda do domu. W apteczce pod moim łóżkiem jest eliksir regenerujący i uzupełniający krew. Wypij je i postaraj się nie nadwyrężać tej nogi. Nawet nie chcę słyszeć, że latałeś na miotle, jasne?

— Jak słońce. Tylko, Lily?

Spojrzałam na niego pytająco, podrygując niecierpliwie w miejscu. Była jeszcze cała masa ludzi potrzebujących pomocy i aż zbyt mocno zdawałam sobie z tego sprawę.

— Wróć do domu jak tylko będziesz mogła, w porządku? Nie przydasz się tutaj, jeśli tylko szczęście będzie trzymało cię na nogach.

— Wrócę kiedy tylko będę mogła. Nie uśmiecha mi się tu zostawać Merlin wie, jak długo, ale oni potrzebują pomocy, James i nawet gdybym nie była uzdrowicielką miałabym obowiązek im jej udzielić, choćby jako człowiek. Inaczej nie wytrzymałabym sama ze sobą.

— Wiem — powiedział, przy pomocy poręczy stając na nogach. — Po prostu… zrób to co musisz i wróć do mnie. — Pogłaskał mnie delikatnie po policzku i mimowolnie przymknęłam oczy, czując się równocześnie jak bohaterka jakiegoś taniego romansidła.

— Zawsze wracam — stwierdziłam, pogłębiając tym samym tandetę tej sytuacji.

Uśmiechnął się do mnie tak, jak lubiłam najbardziej i zniknął z cichym trzaskiem, pozostawiając po sobie jedynie zapach swoich perfum. Westchnęłam cicho pod nosem, po czym ruszyłam na piąte piętro. Byłam pewna, że kiedy wrócę do domu nie wstanę z łóżka przez naprawdę długi czas…


Około godziny czternastej zjawiła się obiecana pomoc z Francji i myślę, że stało się to w samą porę, bo kwestią czasu było, by przemęczeni uzdrowiciele zaczęli popełniać błędy przy najprostszych czynnościach. Ze wsparciem szło nam o wiele sprawniej i choć połowa osób miała zabawić w Mungu na dłużej, to miało się wrażenie, iż chaos ostatnich godzin nieco przycichł.

Wyszłam ze szpitala w okolicach godziny dziewiętnastej i faktycznie miałam wrażenie, że tylko i wyłącznie szczęście trzyma mnie jeszcze na nogach. Przekroczyłam próg Potter Manor, zrzucając z ramienia torbę z kilkoma eliksirami dla siebie i Jamesa (nie miałam wątpliwości, że po widoku z ostatniej nocy nie zasnę bez małej pomocy), lecz nie zdążyłam zrobić nic więcej, gdyż czyjeś silne ramiona objęły mnie od tyłu.

— Czy ja nie wyrażam się jasno? — zapytałam na tyle karcącym głosem, na jaki tylko było mnie stać, gdy chłopak całował moją szyję. — Miałeś grzecznie leżeć w łóżku.

— I leżałem — stwierdził, kiedy odwróciłam się w jego stronę. — Ale, jak przystało na dżentelmena, musiałem dotrzymać towarzystwa twojej przyjaciółce. Anabell przyszła, czeka na ciebie w salonie.

— Coś się stało?

— Nie jej, ale nie mnie o tym mówić. Idź do niej.

— Taki mam zamiar, a ty wynocha do łóżka. Jeśli nadwyrężysz teraz mięśnie to będzie cud, jeśli nie będą musieli amputować ci nogi. Dostałeś zaklęciem rozpruwającym, ośle! Masz więcej szczęścia niż rozumu!

Chłopak mrucząc coś pod nosem powlókł się w stronę schodów i z nietęgą miną zaczął wspinać się na piętro. Pokręciłam za nim głową, po czym poprawiłam włosy i skierowałam się w kierunku salonu. Anabell siedziała na kanapie, w dłoniach trzymając kubek z parującą herbatą.

— To chyba nieco zbyt późna pora na przyjacielską wizytę — stwierdziłam na wstępie. — Co się stało?

Przysiadłam na podłodze naprzeciw niej i wpatrzyłam się w jej lekko zapuchniętą od płaczu twarz. Ręce widocznie jej drżały, a ja nagle odniosłam nieprzyjemne wrażenie, że nie spodoba mi się to, co zaraz powie. Drgnęłam pod jej smutnym spojrzeniem.

— Mama nie żyje — oznajmiła i otarła oczy wierzchem dłoni. — Nie zdążyłam jej pomóc.

— Była w części miasta, którą zaatakowano, prawda? — zapytałam delikatnie.

Doskonale wiedziałam, jak dobre kontakty z mamą miała moja przyjaciółka. Zawsze wyrażała się o swojej rodzicielce z ogromnym szacunkiem i miłością, a sama śmierć ojca była dla nich obu ogromnym ciosem.

Skinęła sztywno głową.

— Nic nie mogłam zrobić. Odwróciłam się na moment i… i ona już nie żyła.

Pod koniec wypowiedzi głos jej się załamał. Nie myśląc wiele przyciągnęłam ją do uścisku, którego nie odwzajemniła.

— Jest coś jeszcze, prawda? — zapytałam po chwili milczenia.

Zamrugała kilka razy, prawdopodobnie próbując powstrzymać kolejne łzy i spuściła nieco głowę.

— Wyjeżdżam — oznajmiła cicho.

— S-słucham? — Przyjrzałam jej się z zaskoczeniem. — Żartujesz, prawda?

— Lily, ja…

— Nie! — przerwałam jej ostro, marszcząc jednocześnie brwi. — Znów uciekasz, prawda? Pytanie tylko, od czego tym razem?!

— Proszę cię, ja nie…

— Kiedy? — przerwałam jej szorstko.

— Jutro rano. Przyszłam się pożegnać.

Pokręciłam głową i odsunęłam się gwałtownie, kiedy spróbowała dotknąć mojego ramienia.

— To nie przez śmierć mamy. Nie zdążyłabyś tego załatwić tak szybko. Czego mi nie mówisz, Anabell?

Tym razem to ona pokręciła głową, a kolejne łzy spłynęły po jej policzkach – nie wzruszyło mnie to. Z powrotem opadła na kanapę, z której dopiero co wstała.

— Rozmawiaj ze mną, An! — krzyknęłam.

Czułam, że stres całej ostatniej nocy i dnia skumulował się we mnie, a irytacja zachowaniem przyjaciółki nie byłaby tak wielka, gdybym nie czuła się jak zombie.

— Jak mam ci pomóc, skoro ze mną nie rozmawiasz?!

— To Remus — stwierdziła szeptem. — On kogoś ma.

— Więc to o to chodzi?! — wybuchnęłam. — Znów uciekasz przez niego?!

— Nie rozumiesz…

— Rozumiem aż za dobrze! Nie możesz całe życie przed nim uciekać! Powinnaś cieszyć się jego szczęściem! Dorcas to potrafiła, kiedy chodziło o Syriusza — przypomniałam jej z goryczą.

— Dorcas nie żyje! — zawołała, zrywając się z kanapy. — A ja nie jestem nią, jeśli jeszcze tego nie zauważyłaś! Nie zastąpię ci jej! Ona jest martwa i nie mam żadnego obowiązku próbować być taką, jak ona. Wiem, że to ona zawsze była ci bliższa, że wolałabyś mieć ją tutaj, nie mnie, ale prawda jest taka, że to ona zginęła! A ja nie jestem nią! Nie jestem odważna ani szlachetna! Nie potrafię cieszyć się jego szczęściem, kiedy to mnie boli!

— Nigdy nie porównywałam cię do Dorcas — stwierdziłam, z trudem wymawiając imię zmarłej przyjaciółki. — Ale sposób, który ona wybrała był lepszy od wiecznego uciekania.

— Nie jestem nią.

— Wiem — rzekłam i odwróciłam się w stronę okna. — Zawsze to wiedziałam, Anabell i nigdy nie próbowałam szukać jej w tobie.

— Więc czemu robisz to teraz?!

— Chciałam ci tylko pokazać, że to co robisz nie ma sensu. Sama tego próbowałam i to nie ma sensu.

— To moja decyzja — powiedziała już bez złości.

— I to ty będziesz musiała z nią żyć — odparłam, przypominając sobie, że dawno temu to mnie ktoś próbował odwieść od podobnego pomysłu, lecz ja również uważałam wtedy, iż wiem lepiej. — Zrobisz co zechcesz — dodałam chłodno i wyszłam z pokoju, nie patrząc na nią.

— Lily! — zawołała za mną, lecz zawahała się przez moment. — Nie chcę cię stracić.

— Nie stracisz. Żałuję tylko, że nie rozumiesz tego, co próbuję ci powiedzieć.

— Ja po prostu nie mogę zostać.

— Skąd w ogóle wiesz, że kogoś ma? Może coś źle zinterpretowałaś? Czy naprawdę warto porzucać wszystko dla mężczyzny?

— Słyszałam, jak rozmawiał dziś z Jamesem. Remus był tu zanim przyszłaś. James pytał go, gdzie wciąż znika. Powiedział, że układa sobie z kimś życie. Nie chcę na to patrzeć, Lily. Proszę, spróbuj mnie zrozumieć.

Odwróciłam się w jej stronę i spojrzałam prosto w niebieskie, smutne oczy.

— A ja nie chcę stracić przyjaciółki.

— Nie stracisz mnie — odparła żarliwie. — Będę regularnie pisać, obiecuję. A w Afryce będę mogła robić to, co kocham: pomagać ludziom.

Patrzyłam na nią przez krótką chwilę, by ostatecznie znów pokręcić głową.

— Mówiłam już, zrobisz, co zechcesz.

Odwróciłam się i wyszłam z pokoju, nie zważając na jej cichy głos, który nawoływał moje imię. Miałam dość. W tamtym momencie marzyłam tylko o jednym: zniknąć i nigdy nie wrócić.