Miesięczne archiwum: Luty 2016

Rozdział 67 – Tajemnice, jakie skrywa nocne niebo

Co właściwie mogę powiedzieć, zajęło mi to sporo czasu, ale jest i myślę, że wyszło całkiem znośnie. Jeśli mam być szczera, to jestem całkiem zadowolona z tego rozdziału. Mogłabym go dedykować wielu rzeczom i wielu osobom, ale gdy wzięłam się za pisanie, cóż, moim największym wsparciem był mój psi przyjaciel, który leżał mi na kolanach. I jeśli mam być szczera, to dedykacja należy się właśnie jemu, nieważne jak dziwnie to brzmi  ;) 

Dziękuję wam wszystkim za cierpliwość, za komentarze i za to, że wciąż pamiętacie o tym blogu. Serio, mam najlepszych czytelników na świecie :)

Rozdział jeszcze nie jest zbetowany, więc przewija się spoooro błędów ;)

* * *

Rozdział 67 – Tajemnice, jakie skrywa nocne niebo

Jeśli jest dla człowieka mojego pokroju coś gorszego od wojny, która podobno panuje ostatnio w świecie czarodziejów, to tym czymś, bez najmniejszych wątpliwości, jest bezsenność. Na pewno znacie to uczucie, kiedy wasze ciało jest zbyt zmęczone, by wykonać choćby najmniejszy ruch, a miękka poduszka zdaje się być wybawieniem. Kiedy oczy pieką zbyt mocno, by utrzymać je otwarte dłużej niż kilka minut. I w końcu, kiedy już leżycie w łóżku, dokładnie okryci ciepłą kołdrą, zamykacie oczy i… i nagle do waszego mózgu wkrada się miliard różnych myśli, których nie sposób okiełznać, które odpędzają sen z zadziwiającą skutecznością. Z pewnością to znacie – każdy zna.

Padłam jak długa na łóżko i kiedy byłam pewna, że już zaraz zasnę, przed oczami stanęła mi scena sprzed kilku minut. Kącik moich ust zadrżał mimowolnie i westchnęłam cicho. Nie miałam pojęcia, co właściwie czułam w tamtym momencie, lecz kiedy wargi chłopaka dotknęły moich, kiedy sens wyszeptanych przez niego cicho słów dotarł do mnie, już wiedziałam. Wiedziałam, że jestem stracona w każdym możliwym znaczeniu tego słowa. Stracona? A może zatracona? Zatracona w jego brązowych oczach, zapachu cytryny mieszającego się z zapachem czekolady, zatracona w jego ramionach, ustach, w jego miłości. W nim całym. Uczucie to było dla mnie zarazem obce lecz i znajome, jakby naturalne. Po prostu przyszło, zapuściło korzenie i nie miało najmniejszego zamiaru odejść. Westchnęłam raz jeszcze, poprawiłam poduszkę i przewróciłam się na drugi bok. Czy to naprawdę możliwe, żebym zakochała się w moim czarnowłosym… przyjacielu? I kim właściwie jest dla mnie James Potter? Czy tylko przyjacielem? Wewnętrznie skrzywiłam się na to określenie i zaraz prychnęłam z lekkim zaskoczeniem. Czy można pokochać kogoś, kogo niemal się nie zna? Odpowiedź nasuwa się sama. Dlaczego więc, w imię Merlina, miałabym być zakochana w Jamesie? Mój mózg powoli zaczynał odmawiać mi posłuszeństwa i wymuszenie każdej logicznej myśli graniczyło z cudem, więc postanowiłam wyrzucić z głowy myśli o brązowookim chłopaku i zająć się tym, czego tak potrzebowałam – snem. Z bólem głowy i potwornym zmęczeniem i tak nie miałam szansy dojść do żadnych, nadto odkrywczych wniosków. Ale wiecie co? Mimo że sen może być uznawany za ucieczkę od świata przesyconego problemami i uporczywą rutyną, to cechuje go jedna rzecz, a mianowicie nigdy nie przychodzi, kiedy go potrzebujemy.

I w ten właśnie sposób, o trzeciej w nocy wciąż patrzyłam w sufit, będąc tak daleką od snu, jak tylko to możliwe, choć każdy fragment mnie błagał o moment odpłynięcia do krainy Morfeusza. Obiekt mojego utrapienia leżał w łóżku, kilka pokoi dalej. Jęknęłam cicho i naciągnęłam poduszkę na głowę. Zawsze pozostawała metoda liczenia jednorożców, ale coś mi mówiło, że ani jednorożce, ani baranki, ani żadne inne zwierzęta, nie są w stanie mi pomóc. Byłam pewna, że istnieje jakiś sposób na uspokojenie moich rozszalałych myśli, które kłębiły się w mojej głowie niczym zadania z numerologii – poplątane, niejasne, nie do rozszyfrowania, ale coś mi umykało, coś z pewnością istotnego, co mogłoby mi pomóc z całą obecną sytuacją. Kluczem oczywiście byłyby moje wspomnienia – gdybym je odzyskała, nie miałabym absolutnie żadnego problemu z rozgryzieniem moich uczuć. Lecz aktualnie wspomnienia były poza moim zasięgiem. To naprawdę dziwne, że ludzkie życie jest tak kruche. Wystarczyło jedno zaklęcie, by zniszczyć moje, zabrać mi wszystko to, co znałam, zmusić, bym wszystko poznawała od nowa – w tym samą siebie.

Ponownie przewróciłam się na drugi bok, mając dziwnie niepokojące wrażenie, że ta noc nie przyniesie mi upragnionego wypoczynku, a tylko pogorszy mój ból głowy. Westchnęłam. Podejmowanie decyzji chyba nie było moją mocną stroną – razem z tą myślą mimowolnie w mojej głowie pojawiło się pytanie, czy zawsze byłam taka niezdecydowana.

Jęknęłam kolejny raz. Tak, tej nocy nie miałam co liczyć na sen…

* * *

Ostatecznie musiałam jednak zasnąć, bo obudziły mnie delikatne promienie kwietniowego słońca, a ból głowy nie był już tak dokuczliwy. Spojrzałam na zegarek i zaskoczyłam samą siebie swoją wczesną pobudką. Jedenasta. Biorąc pod uwagę, że zasnęłam koło czwartej rano, to byłam dziwnie wypoczęta. Nie żebym narzekała – zelżenie bólu przyjęłam z ogromną ulgą.

Wygrzebałam się niezdarnie z łóżka i, przeciągając się, podeszłam do okna, za którym rozkwitał nowy dzień. Była wiosna i ptaki powoli budziły się do życia – dowodził tego ich radosny śpiew. Zresztą nie tylko na ptaki wiosna działała w ten sposób. Ja sama czułam się tak niezwykle pełna życia i energii. Otworzyłam na oścież okno i zaciągnęłam się mocno orzeźwiającym powietrzem. W kościach niemal czułam, zbliżające się wielkimi krokami, lato. Uśmiechnęłam się delikatnie i, nie zamykając okna, ruszyłam w stronę szafy, by wygrzebać z niej jakieś ciuchy.

Letni prysznic do reszty mnie rozbudził. Z jakiegoś powodu miałam tego dnia wyjątkowo dobry humor i nawet moje odbicie w lustrze wydawało mi się jakby nieco bardziej atrakcyjne, a blizny szpecące ciało, mniej odpychające. Nie poświęciłam nawet chwili, by zastanowić się nad pochodzeniem ich wszystkich. Całkowicie zignorowałam głęboką bliznę, która przecinała mój brzuch. Nie chciałam psuć sobie nastroju ponurymi, przyziemnymi sprawami.

Wyszłam z łazienki już ubrana i gotowa, by zacząć nowy dzień. Wtedy rzucił mi się w oczy album, leżący niewinnie na podłodze, na środku pokoju. Zmarszczyłam lekko brwi. Tylko cudem nie dostrzegłam go wcześniej. Przez moment wahałam się, lecz dość szybko podjęłam decyzję. Zamknęłam album i odłożyłam go na miejsce. Czasem lepiej jest odłożyć przykre obowiązki na później – a zetknięcie się ze wszystkim, co straciłam było właśnie takim obowiązkiem. Nie czułam się jeszcze na to wszystko gotowa. Być może powinnam przestać się łudzić, że uda mi się wrócić do tego, co było? Być może powinnam zwyczajnie zacząć wszystko od nowa? Nie wiedziałam jedynie, czy potrafiłabym odrzucić od siebie moje dawne życie. Nie wiedziałam. A może nie chciałam wiedzieć? Nie wiem…

* * *

Do kuchni trafiłam już bez większego problemu i kiedy jakiś czas później James zszedł na dół, znalazł mnie siedzącą przy stole z wielkim słoikiem czekolady do smarowania i z łyżeczką w dłoni. Uśmiechnęłam się do niego krzywo, kiedy spojrzał na mnie ze szczerym rozbawieniem.

— Chyba mam słabość do czekolady — przyznałam z lekkim zażenowaniem.

— Chyba tak — zgodził się tonem, który mówił, że nie ma ku temu żadnych wątpliwości. — Właśnie rozgryzłem, dlaczego zawsze najlepiej dogadywałaś się z Remusem — rzekł, odsuwając sobie krzesło, nie odrywając jednocześnie przy tym ode mnie wzroku. — Oboje jesteście czekoladocholikami.

Uniosłam brew i odchyliłam się na nogach krzesła do tyłu.

— W życiu są trzy rzeczy, za które warto umierać. Pierwsza to miłość. — Wystawiłam jeden palec. — Druga – przyjaźń. — Wystawiłam kolejny palec. — A trzecią jest czekolada. — Wystawiłam trzeci palec i uśmiechnęłam się triumfalnie.

Chłopak parsknął śmiechem, a wesołe iskierki zabłysnęły w jego oczach.

— Długo nad tym myślałaś? — zapytał.

— Niezbyt. Zdaje się, że mam naturę filozofa.

Chłopak pokręcił z rozbawieniem głową i wstał od stołu, by przygotować sobie coś do jedzenia.

— Zakładam, że już się najadłaś tą czekoladą, ale może zechcesz zjeść jakieś normalne śniadanie? Przydałoby ci się nieco przytyć, jesteś piekielnie chuda. Chyba nawet chudsza od Lunatyka.

— Nie pogardziłabym naleśnikami z czekoladą. Jeśli to oczywiście nie kłopot.

Machnął zbywająco ręką.

— Żaden kłopot, po prostu trzymaj kciuki, żebym nie spalił domu.

Zaśmiałam się, zakręcając słoik czekolady i odstawiając go na miejsce.

— To chyba miało znaczyć, że nie jesteś najlepszym kucharzem, czyż nie?

Skrzywił się lekko.

— Jestem beznadziejny w kuchni — przyznał. — Kiedy w dzieciństwie coś przeskrobałem, mama zawsze kazała mi pomagać skrzatom domowym… Żebyś tylko widziała ich przerażone miny. No ale rodzice szybko nauczyli się, że jeśli nie chcą głodować, lepiej żebym nie pomagał tym biednym stworzeniom w kuchni. I w ten sposób kończyłem z miotłą w rękach, bynajmniej nie po to, by na niej latać.

— Och, daj to i siadaj — powiedziałam i wyrwałam mu z dłoni karton mleka. — Ja to zrobię. Swoją drogą, chyba nie powiesz, że kręci cię latanie na miotle. Quidditch to sport dla samobójców.

— Mówisz dokładnie jak stara ty. Ale zasmucę cię, kręci mnie latanie na miotle i nieskromnie dodam, że jestem w tym świetny.

Skrzywiłam się z dezaprobatą.

— Nie rozumiem was, chłopców. Czy wy naprawdę macie pragnienie śmierci?

— To żadne pragnienie śmierci! — zaprotestował wzburzony. — Quidditch, latanie na miotle to sztuka, która wymaga od ciebie pełnego skupienia i precyzji. Kiedy lecisz jesteś wolny, jesteś tylko ty i miotła, a wszystko inne nie ma znaczenia. Kiedy jesteś w powietrzu, to tak jakbyś na moment uciekł od bycia człowiekiem; od problemów, rutyny i bólu. Jesteś ty i jest wiatr w twoich włosach, gdy lecisz tak szybko, że oczy zaczynają ci łzawić, a serce bije szybciej, napędzane adrenaliną. Już nie chodzi o samego Quidditcha, ale o to obezwładniające uczucie wolności w całym ciele. Tam, w powietrzu, nic już nie ma znaczenia, oprócz twojej miotły; musisz mieć do niej pełne zaufanie, kiedy mkniesz w kierunku ziemi, musisz wierzyć, że nie zawiedzie cię, kiedy w ostatniej chwili szarpniesz jej trzonek do góry. W lataniu nie chodzi o bezmyślne gonienie piłki, chodzi o skupienie i precyzję, umiejętność zapomnienia o otaczającym cię świecie, o to, jak bardzo jesteś w stanie się skoncentrować. Tym jest dla mnie latanie — zakończył, oddychając nieco szybciej niż normalnie.

— Rany, James, to było takie… głębokie… — Westchnęłam, na chwilę przerywając pracę nad śniadaniem. — Nie wiedziałam, że mężczyzn stać na takie przemyślenia.

Potter uśmiechnął się krzywo i nagle zerwał się na nogi. Wyrwał mi z dłoni miskę, odłożył ją na blat, a moment później pociągnął w stronę drzwi.

— Co ty robisz? — zapytałam, uśmiechając się mimo woli.

— Sama musisz to poczuć, nie umiem tego opisać słowami.

— No coś ty — zaoponowałam — bardzo ładnie ci to wyszło. Byłeś taki poetycki.

Zaśmiał się krótko.

— Nie wymigasz się, musisz zobaczyć, jak to jest.

— Dlaczego każda część moje ciała krzyczy „nie rób tego, nie popełniaj samobójstwa!”?

Nagle James się zatrzymał i zwrócił twarz w moją stronę. Przestałam się wyrywać, zamiast tego, patrzyłam w jego twarz, w jego oczy, jak zaczarowana.

— Nie bój się — powiedział poważnie, przejeżdżając dłonią po moim policzku. — Nie pozwolę, żeby stała ci się krzywda.

Tak jak ostatniej nocy, miałam wrażenie, że czas na moment się zatrzymał. Albo, że to po prostu wszystko wokół nagle straciło znaczenie. Zamknęłam oczy i już po chwili czułam jego wargi na swoich, jego język, padający wnętrze moich ust, pieszczący podniebienie. Westchnęłam i objęłam dłońmi jego szyję, podczas gdy jego ręce wplątane były w moje włosy. Nagle dotarło do mnie, jak głupie były wszystkie moje wątpliwości ostatniej nocy. Bo jak mogłam wątpić w to, że kocham tego chłopaka.

Kochałam go, na Merlina, kochałam, jak szalona. Kochałam jego piękne, brązowe oczy, których radosny błysk sprawiał wrażenie zdolnego przepędzić nawet najciemniejsze chmury. Kochałam ten nietypowy zapach czekolady mieszającej się z cytryną. Wielbiłam delikatność i ostrożność, z jaką mnie dotykał. Uwielbiałam tembr jego głosu i dźwięk śmiechu. Łobuzerski uśmiech i sposób, w jaki marszczył brwi, gdy nie był czegoś pewien. A kiedy patrzyłam w jego oczy, byłam pewna, że mogłabym w nich utonąć.

Odsunęliśmy się od siebie, oddychając ciężko i z rumieńcami na twarzach. Psotny błysk znów rozświetlił jego oczy, a na twarzy pojawił się lekki uśmiech.

— Okej? — zapytał, przytulając mnie do siebie i przeczesując moje włosy dłonią.

— Okej — potwierdziłam i bez wahania oddałam uścisk. Moje wątpliwości zniknęły, nie zostawiając po sobie najmniejszego śladu. Zaciągnęłam się jego zapachem i westchnęłam z przyjemności. Wszystko było na swoim miejscu, idealnie, tak jak powinno być zawsze.

* * *

— Nie podoba mi się to — powiedziałam, lecz posłusznie przełożyłam nogę przez miotłę.

— Nie masz się czego bać, będę zaraz za tobą. Dosłownie. Lily?

— Hmm?

— Nie zabij nas, skarbie — wyszeptał mi do ucha i kiedy jego oddech owiał moją szyję, zadrżałam pod akompaniamentem jego chichotu.

— To nie jest śmieszne — zaprotestowałam słabo. — To tragiczne! Rozbiję nas i tyle z tego będzie.

— No dobra, siadaj za mną i mocno się trzymaj — powiedział z uśmiechem. — I nie zamykaj oczu, widok jest tego wart.

Zrobiłam jak kazał i kilka minut później (i kilka krzyków, ale to nieważne) szybowaliśmy wysoko w powietrzu. Trzymałam się go mocno, prawdopodobnie utrudniając mu tym oddychanie, lecz on nie protestował ani słowem. Nagle zrozumiałam, co miał na myśli w kuchni, mówiąc o uczuciu wolności, które przenika całe twoje ciało. Czułam się wolna, nieskończenie wyzwolona. Czuła się szczęśliwa, u boku mężczyzny, którego kochałam.

* * *

Wieczór nadszedł szybciej, niż się tego spodziewałam i był zaskakująco ciepły. Dlatego też wzięliśmy z domu koc i rozłożyliśmy się na miękkiej trawie ogrodu i przytuleni do siebie wpatrywaliśmy się w, przyozdobione miliardem gwiazd, niebo.

— Lubiłam astronomię? — zapytałam nagle.

— Możliwe, ale twoim ulubionym przedmiotem były eliksiry.

Westchnęłam i wtuliłam się mocniej w jego klatkę piersiową. On ze swojej strony jeszcze mocniej objął mnie ramieniem w niemal zaborczy sposób.

— Niebo jest takie piękne — rzekłam z zachwytem. — Jego nic nie może zniszczyć, tych gwiazd i księżyca. Są ta od tysięcy lat i żaden Czarny Pan, żadni Śmierciożercy, nikt nie jest w stanie tego zepsuć.

— A widzisz te trzy jasne gwiazdy obok siebie, które idą na ukos? Ta na prawo od nich, bardziej na dole, to Rigel, a ta na lewo i w górę to Betelgeza. A teraz spójrz na dół, nieco bardziej na lewo. Widzisz?

— Jest najjaśniejsza ze wszystkich — spostrzegłam, wskazując palcem na gwiazdę, którą mi przedstawił.

— To Syriusz. To trochę dziwne, zazwyczaj najlepiej widać go jesienią.

— Więc mamy szczęście — powiedziałam po prostu. — A ta na lewo i w górę od Betelgezy?

— To chyba Jupiter. A ta pod nim to Procyon, jeśli się nie mylę. A ta gwiazda na prawo i w górę od Betelgezy to Bellatriks, kuzynka Syriusza ma imię od tej gwiazdy, jeśli dobrze pamiętam, to oznacza „kobieta-wojownik” i to by się zgadzało. Leży w gwiazdozbiorze Oriona, tak z kolei nazywał się ojciec Łapy.

— Skąd tak dużo wiesz o gwiazdach? — zdziwiłam się. — Na astronomii uczy się tylko podstaw.

— Od Syriusza. Dla Blacków mają one ogromne znaczenie i Łapa od małego się o nich uczył. No a kiedy, z braku lepszego zajęcia, nocami wymykaliśmy się na błonia lub wieżę astronomiczną, Syriusz lubił opowiadać o gwiazdach.

— To całkiem niezwykłe nazwać dziecko od gwiazdy…

— Nawet o tym nie myśl! Syriusz tak by się nadął z dumy, że by pękł i musiałbym szukać sobie nowego przyjaciela.

Zachichotałam.

— Spokojnie, myślę, że mi wystarczyłby syn o imieniu… no nie wiem… Harry?

— Harry? — Spojrzał na mnie z zainteresowaniem i wzruszyłam lekko ramionami.

— To ładne imię, podoba mi się.

— Masz rację — przyznał, przymykając oczy. — Ładne. 

Rozdział 66 – Walcząc, by pamiętać… Walcząc, by zapomnieć…

Przed wami notatka z okazji zbliżających się walentynek, mam nadzieję, że się nie zawiedziecie :)

* * *

Rozdział 66 – Walcząc, by pamiętać. Walcząc, by zapomnieć 

Ten dzień był… był dziwny. Te wszystkie anomalie, do jakich doszło zaczęły się od ogromnej bitwy na jedzenie, która rozegrała się między mną i Syriuszem. Ale wbrew moim wcześniejszym obawom, chłopak okazał się naprawdę świetny i co jakiś czas łapałam się na tym, że myślę o nim, jak o starszym bracie. Zresztą sam Black traktował mnie tak, jak można by traktować siostrę.

Myślę, że James z kolei załamał się naszych dziecinnym zachowaniem. No tak, w końcu nie każdego dnia obrywa się litrem oleju, od dziewczyny, którą się kocha, a która kompletnie cię nie pamięta. Za to wystarczyło kilka machnięć różdżek – mojej i Blacka – i wszystko znów lśniło, choć może brakowało kilku produktów spożywczych, lecz myślę, że zabawa zdecydowanie była tego warta.

Oboje z szerokimi uśmiechami powędrowaliśmy wziąć prysznic. Syriusz odprowadził mnie do pokoju, twierdząc, że znów się zgubie, a winą za to James obarczy jego. Stanęłam więc pod drzwiami pokoju, wymieniliśmy ostatnie rozbawione spojrzenia i oboje poszliśmy w swoją stronę.

Nie mam pojęcia jak długo siedziałam pod prysznicem, lecz miałam wrażenie, że mimo wszystko nie udało mi się do końca doczyścić włosów z keczupu. Założyłam na siebie czyste ubranie i zeszłam na dół. A przynajmniej próbowałam to zrobić, bo potknęłam się na trzecim od dołu stopniu i wpadłam prosto w ramiona blond-włosego chłopaka, który, chichocąc, przedstawił się jako Remus. Miał coś takiego w oczach, że niemal od razu zapałałam do niego sympatią. Później zjawił się nieco zbyt niski chłopaczek – Peter, a uroczo spóźniona wpadła dziewczyna z burzą karmelowo-brązowych włosów i, przyciągającą uwagę, blizną na prawym policzku. Postanowiłam jej, blizny, nie komentować i z szerokim uśmiechem uścisnęłam rękę, jak się okazało, Anabell. Poczułam przy tym coś dziwnego, lecz doszłam do wniosku, że… że zatrzymam to dla siebie. Natykam się w swoim życiu, które bądź co bądź poznaję od nowa na wiele dziwnych rzeczy i póki nie odkryję ich znaczenia, nie chcę dzielić się nimi z kimkolwiek. Tak, wierzę, że mają one znaczenie.

Obiad minął nam w bardzo miłej atmosferze, chłopcy – to znaczy Huncwoci, jak to przedstawił ich Peter – okazali się być niekończącym się pokładem energii i służyli mi oraz Anabell za rozrywkę.

Niestety, jeśli liczyłam, że spotkanie ze starymi przyjaciółmi coś we mnie odblokuję to, cóż, przeliczyłam się i to grubo.

Cała zabawa dobiegła końca pod wieczór i właściwie przyjęłam ten fakt z ulgą. Nie żebym źle się bawiła, bo było naprawdę miło, ale moja głowa pulsowała niesamowitym bólem. Wychodząc wszyscy uścisnęli mnie czule, a w oczach Remusa i Petera widniał ogromny żal, kiedy tylko patrzyli na Jamesa. Ogarnęły mnie wtedy potężne wyrzuty sumienia i szybko uciekłam do swojego pokoju – byle tylko nie widzieć tej melancholii w oczach bruneta. I bez niej czułam się, jak ostatnia, za przeproszeniem, suka. Wcisnęłam się chłopakowi do domu i zapewne ogromnie raniłam samą swoją obecnością. Postanowiłam sobie wtedy, że zdecydowanie muszę pomyśleć o jakiejś pracy i wynajęciu mieszkania.

Zamknęłam za sobą drzwi i dopiero wtedy uderzyło we mnie, jak bardzo jestem wykończona dzisiejszym dniem. Moją pierwszą myślą było położenie się spać, lecz wtedy coś przykuło moje spojrzenie. Pudełko, które rano wyjęłam z szafy. Zaintrygowana podeszłam do biurka i chwyciłam przedmiot w dłonie. Intuicja podpowiadała mi, iż znajdę w nim coś ciekawego, coś, być może, ważnego.

Uchyliłam wieko pudełeczka i moje serce przyśpieszyło. Album. A albumy zawsze pełne są zdjęć. Będąc wypełniona sprzecznymi uczuciami usiadłam na łóżku i z wahaniem otworzyłam album na pierwszej stronie.

Dla mojej Lily!

Żebyś nigdy nie zapomniała o tych, których kochasz.

Twój James

Pod notatką, która napisana była niechlujnym pismem widniało ruchome zdjęcie. Mogłam mieć na nim najwyżej szesnaście lat, podobnie zresztą jak James, który zaplatał z moich, długich wówczas, włosów warkocza. Zmarszczyłam brwi i skupiłam się całą sobą, lecz nie potrafiłam przypomnieć sobie tej chwili – zupełnie, jakby to nigdy się nie wydarzyło, a zdjęcie było podrobione. Na następnej stronie umieszczone było zdjęcie pełnego składu Huncwotów, którzy majstrowali coś drzwiach do gabinetu z napisem „Profesor Minerva McGonagall”. Przez chwilę zastanawiałam się, czy powinnam kojarzyć tę kobietę, lecz szybko odrzuciłam od siebie tę myśl.

Przewróciłam stronę i na moment zamarłam. Dziewczyna, która znajdywała się na zdjęciu… to była dziewczyna z mojego snu, tylko, że tutaj była dużo, dużo młodsza. Drżącą dłonią wyciągnęłam zdjęcie z albumu i spojrzałam na jego tył, gdzie zgrabnym, kobiecym pismem napisane było:

Dorcas Meadowes i Lily Evans

01.09.1971

Czułam, że album wypada mi ze zdrętwiałych dłoni, a pulsujący ból w głowie zapowiadał, że już za chwilę coś sobie przypomnę. I faktycznie, chwilę później przed oczami stanął mi obraz wyraźniejszy niż kiedykolwiek wcześniej.

- Bo widzisz, Lily, to wszystko jest kwestią skupienia – rzekła z szerokim uśmiechem czarnowłosa dziewczyna, której rysy twarzy przywodziły na myśl coś egzotycznego.

- Tylko, że ja nie potrafię się skupić – fuknęłam. – A przynajmniej nie w takim stopniu, w jakim oczekujesz. Zresztą, po co mam się uczyć gry na fortepianie.

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

- Bo to fajne – rzekła.

- Ale ja nie chcę!

- Och, no to wymyśl coś lepszego.

- Więc może opowiesz mi, co jest między tobą a Rickiem?

- To może jednak wróćmy do tego fortepianu?

- Czyli jednak coś jest? – zauważyłam triumfalnie.

- Nic nie ma, bredzisz, Lilka.

- Wcale nie bre… Czy ty się rumienisz? Widzisz? To tylko wszystko potwierdza! Miałam rację! Komuś tu przeszła faza na pana Blacka, czyż nie?

- Syriusz… Syriusz to już przeszłość. Przecież nie mogę zmusić go, żeby ze mną był. A Rick? Rick jest póki co tylko przyjacielem, choć wyraźnie dał mi do zrozumienia, że chciałby czegoś więcej.

- Więc może warto dać mu szansę, nie sądzisz?

- Pewnie masz rację, ale… – Dziewczyna przerwała, zamknęła fortepian i westchnęła ciężko. – Ale czasem wciąż się łudzę, że Syriuszowi jeszcze się odmieni.

- Nie możesz wiecznie żyć przeszłością, Dor – powiedziałam cicho.

- Przecież wiem! – rzekła ze złością. – Myślisz, że tego nie wiem, Lily? Wiem to, wiem! Ale to tylko wszystko pogarsza! Z Syriuszem wiązałam wszystko, każdy plan, każdą nadzieję, każde wspomnienie. Co ty byś zrobiła, gdyby to nagle James oznajmił ci, że się mylił, że wcale cię nie kocha.

- Umarłabym – wyszeptałam.

- No właśnie…

Otworzyłam oczy i zamrugałam kilka razy, nagle zdając sobie sprawę, że klęczę na podłodze, a moja głowa rozsadzana jest przez okropny ból. Zasyczałam cicho, złapałam stojącej nieopodal szafki i niezdarnie spróbowałam stanąć na nogi, chwiejąc się przy tym niebezpiecznie.

Doczłapałam się jakoś do łóżka i opadłam na nie niczym trup – głowa praktycznie pękała mi z bólu. Przymknęłam oczy z zamiarem zapadnięcia w głęboki, przynoszący ukojenie sen. A jednak, jak na złość, sen nie chciał przyjść i w końcu, z jękiem niezadowolenia podniosłam się z łóżka. Szybkie zerknięcie na zegarek, który miałam na nadgarstku, powiedziało mi, iż jest pierwsza czterdzieści trzy. Zamierzałam udać się pod prysznic, zmienić ciuchy na piżamę i spróbować raz jeszcze powalczyć z uporczywą bezsennością, lecz przeszkodził mi w tym hałas, dobiegający gdzieś spoza mojego pokoju. Zmarszczyłam brwi – głównie z powodu bólu, który ów hałas nasilił – i rzuciłam zaskoczone spojrzenie w kierunku drzwi.

Wahałam się przez krótką chwilę, lecz ostatecznie chwyciłam w dłoń różdżkę i postanowiłam to sprawdzić. Jeśli się nie myliłam to hałas dobiegał z pokoju Jamesa. Cicho wypowiedziane Lumos rozświetliło ciemny korytarz – w oczy rzuciły mi się szeroko otwarte drzwi do sypialni chłopaka.

- James? – zapytałam niepewnie i zrobiłam kilka kroków do przodu, lecz nikt mi nie odpowiedział. – James? – ponowiłam pytanie, lecz tym razem również odpowiedziała mi głucha cisza.

Podeszłam w kierunku drzwi i zajrzałam do środka pokoju – chłopaka z pewnością w nim nie było. Czując narastający z każdą chwilą niepokój zrobiłam kolejnych kilka kroków, jednak szybko przerwałam swoją wędrówkę, kiedy poczułam, że stanęłam na czymś. Spojrzałam w dół – na ziemi leżała ramka ze stłuczoną szybką, lecz z powodu nikłego światła nie mogłam dostrzec wyraźnie postaci, które znajdowały się na zdjęciu. Rozejrzałam się po pomieszczeniu, które rozświetlane było jedynie księżycowym światłem zza okna. Nie dostrzegłam żadnych anomalii – oczywiście poza roztrzaskaną ramką, leżącą niewinnie koło moich nóg. Westchnęłam cicho i ostrożnie ją podniosłam, po czym skierowałam światło z różdżki w jej stronę. Zamarłam. Na zdjęciu widniałam ja sama (choć może moje włosy były nieco krótsze, a na ramieniu nie widniała podłużna blizna), ubrana w krótką, białą sukienkę na ramiączkach oraz James, którego okulary trzymałam w dłoni. Lecz nie to mnie tak zszokowało. Na zdjęciu wyraźnie byliśmy w trakcie namiętnego pocałunku i zapewne nie zwracaliśmy nawet uwagi, że ktoś robi nam zdjęcie.

Ledwo zdając sobie sprawę z tego, co robię przejechałam delikatnie dłonią po stłuczonym szkle. Chciałam sobie przypomnieć, naprawdę, chciałam pamiętać, to co pamiętał James. Chciałam wiedzieć, jak to jest pałać do niego tak gorącym uczuciem, jak miłość, jak to jest czuć jego usta na swoich i… I nagle uświadomiłam sobie w jakim kierunku zmierzają moje myśli; oblałam się szkarłatnym rumieńcem, równocześnie czując lekkie zawroty głowy. Podeszłam do stojącego nieopodal łóżka, próbując się uspokoić, ale moje szybko bijące serce wcale mnie nie słuchało. Przejechałam dłonią po włosach, tworząc tym jeszcze większy nieład na głowie, ale w tamtym momencie nie przejmowałam się czymś tak zwyczajnym, jak fryzura, którą zawsze można przecież naprawić. Z sercem to tak nie działa. Jeśli teraz złamię je Jamesowi, to czy ktokolwiek będzie potrafił mu pomóc?

Nie wiedziałam, co robić. Nie potrafiłam oszukać chłopaka, który okazał mi tyle dobroci, nie mogłam udawać, że jestem dziewczyną, którą tak bardzo kocha.

Ale przecież mogę walczyć o tę dziewczynę – mogę podjąć kroki, o których mówił Uzdrowiciel. Lub spróbować dotrzeć do osoby, która zniszczyła moje poprzednie życie i… i zabić ją – nie chciałam myśleć, że skoro tak ciężko mi przyznać przed samą sobą, iż będę chciała ją zabić, to najpewniej nie dam rady tego zrobić.

No i mogłam spróbować porozmawiać z Jamesem. Przecież wyżalenie się komuś zawsze pomaga, prawda? Nie byłam jedynie pewna, czy jestem odpowiednią do tego osobą, lecz mimo tego podjęłam próbę poszukania chłopaka. Jeszcze nim opuściłam jego pokój coś rzuciło mi się w oczy – coś za oknem, jakiś poruszający się kształt.

Zmarszczyłam brwi i podeszłam bliżej. Ktoś był w ogrodzie i jeśli wzrok mnie nie mylił, tym kimś był młody Potter.

Wybornie – pomyślałam. – Oszczędzi mi to fascynującej przygody, jaką niewątpliwie byłoby zgubienie się w tym olbrzymim domu.

Kilka minut później znalazłam się już w ogrodzie, którego piękno czarowało mnie niezmiennie odkąd pierwszy raz go ujrzałam. Jednak poza rozmaitymi rodzajami kwiatów, w których można była znaleźć nawet, jak podejrzewałam, najrzadsze gatunki, w ogrodzie nie było śladu niczego, nawet, a może raczej, przede wszystkim Jamesa. Niezrażona niepowodzeniem szukałam dalej – przecież gdyby chłopak wrócił do domu, to z pewnością natknęlibyśmy się na siebie po drodze. No, chyba, że Potter nie chciał być znaleziony, a spędziłam z nim wystarczająco dużo czasu, by wiedzieć, że ma swój sposób na wszystko; takie zapadnięcie się pod ziemię zapewne też nie było dla niego jakimś wielkim problemem.

Jednak tej nocy dowiedziałam się o sobie nowej rzeczy – jestem niezwykle uparta. Nie zaprzestałam swoich poszukiwań i niecałe dwadzieścia minut później moja cierpliwość została nagrodzona. Znalazłam Jamesa na boisku do Quidditcha – gry, na której temat Syriusz mógł mówić godzinami, a przynajmniej tak sądziłam po dzisiejszym dniu spędzonym w jego towarzystwie. Mimo że miotła leżała obok niego to nie wyglądało na to, by miał zamiar jej użyć. Stał do mnie plecami, a twarz miał zwróconą w kierunku granatowego nieba. Szłam szybkim i pewnym krokiem, lecz im bliżej niego byłam, tym moje postanowienie przeprowadzenia poważnej rozmowy słabło. I jeśli mam być szczera, to dopiero w tamtym momencie dosięgnęły mnie wątpliwości. Nagle uświadomiłam sobie, że może James wcale nie chce ze mną rozmawiać – bo przecież, gdyby chciał to doskonale wie, gdzie mnie znaleźć.

Stanęłam kilka metrów od niego i chciałam coś powiedzieć, lecz nagle zabrakło mi słów – no bo co miałam powiedzieć chłopakowi, który kochał mnie od tylu lat, a który był dla mnie jedynie nowo poznanym człowiekiem.

Właśnie wtedy poczułam w głowie pulsujący ból i niemal krzyknęłam z frustracji – dlaczego akurat w tak ważnym momencie?! Zagryzłam wargę aż do krwi i czułam w ustach jej metaliczny smak, jednak nie zwracałam na to uwagi. Wiedziałam, że już za chwilę ukaże mi się kolejne wspomnienie.

Siedziałam przy oknie i podczas gdy pociąg mknął z ogromną prędkością, ja mogłam podziwiać niezwykłe krajobrazy. Było to odprężające, lecz na dłuższą metę nudne zajęcie.

- Co powiecie na grę w butelkę? – zaproponowałam nagle i oczy wszystkich zwróciły się w moim kierunku.

- Jasne, czemu nie – powiedział Peter z lekkim uśmiechem. – Gdzieś powinienem mieć Fałszoskop.

- Butelka po kremowym powinna się nadać – wtrącił James, kiedy wszyscy rozłożyliśmy się na ziemi w małym kółeczku.

- Ja zaczynam – odparłam z bezczelnym uśmiechem i wyrwałam zaskoczonemu chłopakowi butelkę z ręki. Moją ofiarą został Remus.

- Prawda czy wyzwanie?

- Prawda – powiedział niepewnym głosem i zabrzmiało to bardziej jak pytanie.

- Czy czujesz coś więcej do którejś z osób w tym przedziale – zapytałam bez chwili zastanowienia. Remus oblał się szkarłatnym rumieńcem, a ja miałam wrażenie, że przez chwilę jego spojrzenie zatrzymało się na Syriuszu. Ale był to tylko moment, bo chłopak szybko przeniósł wzrok na mnie.

- Tak – odparł w końcu.

Przedział wypełniło głośne „UUUU”, a Remus jeszcze bardziej się spalił. Anabell uśmiechnęła się pod nosem, a odpowiedziałam jej unosząc kciuk do góry, tak żeby tylko ona widziała.

Remus zakręcił butelką i wypadło na Jamesa.

- Prawda czy wyzwanie?

- Prawda.

- Czujesz coś do Lily czy po prostu chcesz ją dodać do kolekcji?

Cała czerwona wbiłam spojrzenie w Fałszoskop.

- Kocham ją, Lunatyku – powiedział cicho chłopak.

Fałszoskop ani drgnął.

Złapałam się za głowę i zamrugałam gwałtownie, próbując tym samym przegonić sprzed oczu wydarzenie, które właśnie rozegrało się w mojej głowie. Skierowałam swoje spojrzenie na Jamesa – chłopak wciąż stał do mnie plecami. Dopiero po chwili zrozumiałam, czemu wszystko dookoła jest rozmazane. Łzy wypełniały moje oczy i utrudniały wyraźne zobaczenie czegokolwiek. Zamrugałam z rosnącym zażenowaniem i chciałam zawrócić w kierunku domu, lecz zatrzymał mnie głos Pottera.

- Długo zamierzasz tak tam stać? – zapytał dziwnie zachrypniętym głosem.

- Ja…

- No a widzisz tu kogoś innego? – Odwrócił się w moją stronę i spiorunował spojrzeniem; pierwszy raz zobaczyłam w jego oczach wyraźną wrogość i na moment zbiło mnie to z tropu.

- Pomyślałam, że może chcesz porozmawiać – rzekłam, próbując nie pokazać, jak bardzo niepewnie się czuję.

- Więc źle myślałaś, nie chcę rozmawiać – warknął. – Możesz już sobie iść – dodał, kiedy nie ruszyłam się z miejsca i znów odwrócił się do mnie plecami.

Westchnęłam cicho – to miało być trudniejsze, niż przypuszczałam. Mimo to nie zamierzałam rezygnować, nawet jeśli chłopak postanowił założyć maskę zimnego drania.

Podeszłam do niego, próbując sobie wmówić, że wcale nie przeraża mnie swoją postawą; położyłam dłoń na jego ramieniu i poczułam, że jego początkowe spięcie ustępuje miejsca delikatnemu rozluźnieniu.

- Wygadanie się komuś pomaga, wiesz?

- Gówno prawda – burknął, ale chłód w jego głosie był jakby nieco mniej wyczuwalny.

- Nie bój się przede mną otworzyć, James – wyszeptałam. – Ta dziewczyna, którą kochasz… ta dziewczyna wciąż tu jest, gdzieś bardzo głęboko… tylko musisz mi pomóc do niej dotrzeć.

Bardzo powoli odwrócił się z moją stronę, a do moich płuc wdarł się silny zapach cytryny i czekolady. Resztkami silnej woli powstrzymałam się, by nie wtulić twarzy w jego koszulę i wdychać tego cudownego zapachu.

Zamiast tego spojrzałam mu prosto w oczy, w których widziałam już tylko uczucie – był ode mnie wyższy i żeby to zrobić musiałam lekko unieść głowę do góry. Kosmyk włosów opadł mi na twarz i nim zdążyłam go odgarnąć James chwycił go, a następnie założył delikatnie za ucho. Moje serce przyśpieszyło swój rytm – w tej chwili było coś wyjątkowego i całe moje ciało zdawało się być tego świadome.

Nasze twarze powoli przybliżały się do siebie, choć dzielił nas wystarczająco duży dystans, bym mogła jeszcze zrezygnować. Nie zrobiłam tego – byłam zbyt pochłonięta komplementowaniem jego twarzy.

- Jesteś wszystkim, czego pragnę, Lily – wyszeptał i nasze wargi złączyły się delikatnym, pierwszym pocałunku.