Miesięczne archiwum: Styczeń 2016

Rozdział 65 – Odzyskać siebie III

Rozdział 65 – Odzyskać siebie III

Leżałam na brzuchu w dziwnie znajomym ogrodzie, naprzeciw dużego, białego domu, czując, jak słońce przyjemnie grzeje moją skórę, a trawa delikatnie łaskocze w brzuch. W dłoni trzymałam książkę; przyjrzałam się jej okładce i dostrzegłam napis „Wiliam Szekspir – Romeo i Julia”. Książka była zniszczona, jakby czytana miliony razy, niektóre kartki ledwie się trzymały i zdawało mi się, że czuję wyraźnie zapach starego papieru.

Nagle zdałam sobie sprawę, że nie jestem w owym ogrodzie sama. Wystraszona podniosłam głowę w górę i moje spojrzenie spotkało się z pięknymi, brązowymi oczami, które błyszczały wesoło. Jej włosy sięgały do łopatek i miały odcień ciemnego brązu. Odgarnęła je do tyłu nonszalanckim gestem i uśmiechnęła się promiennie. Stanęła na tle świecącego intensywnie słońca, co sprawiło, że lśniła w dosłownym znaczeniu tego słowa.

- D-dorcas? – pytanie samo wyrwało mi się z ust. Niespodziewanie ogarnęło mnie uczucie, że znam tę dziewczynę. Podniosłam się niezdarnie na nogi, z wrażeniem, że wszystko wokoło jest dziwnie niestabilne, że może zniknąć w każdej chwili. Bo to wszystko zdawało mi się nierealne – dom, ogród, dziewczyna, stojąca przede mną i uśmiechająca się wesoło. Jakby było tylko snem, niemożliwym wymysłem mojej wyobraźni.

- No proszę, nawet pamiętasz jak mam na imię – powiedziała i zaśmiała się śmiechem, który zabrzmiał w moich uszach niezwykle odlegle – jakby brązowooka nie stała tuż obok mnie, a była oddalona o wiele metrów, jakby jej głos dobiegał z daleka.

- Co ty tu robisz? – zapytałam, bo to pytanie wydało mi się właściwe.

- Wróciłam, Lily. Wróciliśmy do Anglii, a ja wracam w tym roku do Hogwartu. Pierwszą osobą, o której pomyślałam, gdy tylko przekroczyliśmy granicę Anglii, byłaś ty – rzekła, a jej głos znów brzmiał dziwnie odlegle. Uśmiechnęła się szeroko, a ja nagle odniosłam wrażenie, iż uśmiech ten wydaje mi się taki… znajomy…

Nagle scena zmieniła się i nie było już ani domu, ani ogrodu, ani słońca. Była za to dziewczyna i jej brązowe oczy, z których zniknęło rozbawienie, oraz ciemne chmury przesłaniające owe słońce. Dziewczyna była niby ta sama, lecz inna. Usta nie były wykrzywione w przyjaznym uśmiechu. Jej brązowe włosy były krótsze i ubrudzone czerwoną substancją… ubrudzone krwią. W oczach błyszczało jedynie przerażenie w dziwny sposób zmieszane z determinacją.

Leżałam bezradnie na ziemi i przyglądałam się jej. Pojedynkowała się z kimś i chyba przegrywała – nie widziałam wyraźnie. Coś kazało mi wstać, biec i pomóc jej. Lecz nie mogłam; jakaś niewidzialna siła przyszpilała mnie do ziemi. Wtedy coś się zmieniło. Dziewczyna zaczęła atakować z większą zaciętością, marszcząc przy tym brwi. Zdawało się, że wygra – była tego naprawdę bliska, podobnie jak ja byłam bliska stanięciu na nogi. Nagle moje spojrzenie skierowało się w bok i napotkało krwisto czerwone oczy, w których próżno było szukać śladu człowieczeństwa. Machnął różdżką kilka razy, uśmiechając się przy tym drapieżnie. Odrzuciło mnie do tyłu, znów zwalając z nóg. Pył wdzierał się do mojego gardła, przez co niemal zaczęłam się dusić. Podniosłam głowę do góry i spojrzałam w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stała brązowooka dziewczyna. Pył zaczął powoli opadać, a ja nagle odniosłam wrażenie, że wcale nie chcę wiedzieć, jaki widok ukrywa. Ale było za późno. Dziewczynę również odrzuciło w tył, tyle że… tyle, że w jej brzuchu tkwił ostro zakończony szyld z logiem restauracji, który musiał odpaść ze ściany budynku. Była definitywnie martwa i uświadomiłam sobie ten fakt, gdy tylko spojrzałam w jej brązowe oczy… puste oczy.

Obudziłam się, krzycząc głośno i rozpaczliwie, niemal nie zauważając, że policzki mam mokre od łez. Krzyczałam, krzyczałam i nie mogłam przestać. Wciąż miałam przed oczami puste spojrzenie tamtej dziewczyny. Drzwi do pokoju otworzyły się z hukiem, a mój krzyk powoli przeradzał się w rozpaczliwy szloch. Ktoś stał przy moim łóżku, ale nawet gdyby nie ciemność, przez łzy nie byłabym w stanie zidentyfikować tej osoby. Materac ugiął się delikatnie, kiedy ów nieznajomy usiadł obok mnie. Poczułam, że silne, męskie ramiona przygarniają mnie do czułego uścisku. Byłam zbyt przerażona, by protestować, a moje ciało mimowolnie się rozluźniło. Wciąż szlochałam, choć chyba nieco ciszej. Chłopak głaskał delikatnie moje włosy, cierpliwie szepcząc uspokajające słowa niczym mantrę. Do moich płuc wdarł się silny zapach czekolady mieszający się w dziwny sposób z zapachem cytryny. Nigdy nie powiedziałabym, że ta mieszanka może być aż tak przyjemna dla nosa. Powoli bo powoli, ale zaczęłam się uspokajać, choć wciąż nie puszczałam koszuli chłopaka, której trzymałam się kurczowo. Nie byłam pewna, dlaczego, lecz ramiona chłopaka, który jak już zdążyłam się domyślić był Jamesem, sprawiały, że czułam się w naiwny sposób bezpieczna.

Mój szloch nieco ucichł, ale wciąż nie mogłam powstrzymać łez. Ilekroć tylko przypominałam sobie te puste oczy, znów dostawałam małego ataku paniki. Co miał znaczyć ten sen? Czy to kolejne wspomnienie? A jeśli tak, to kim był ta dziewczyna i co takiego ją spotkało? Miliard pytań kłębiło mi się w głowie, po raz kolejny wywołując jej potworny ból.

Senność z wolna zaczęła mnie ogarniać, otulając czule, tak jak matka otula ramionami swoje dziecko… tak jak James, otulał mnie swoimi. Nie do końca zdałam sobie sprawę z faktu, że zamknęłam oczy i wtuliłam twarz w szyję chłopaka. Uświadomiłam to sobie dopiero, kiedy zostałam delikatnie położona we własnym łóżku, przykryta kołdrą, pocałowana we włosy i kiedy usłyszałam, jak kroki Jamesa zbliżają się w stronę drzwi.

- James? – wyszeptałam.

Podłoga zaskrzypiała cicho, kiedy odwrócił się w moją stronę.

- Tak? – odparł równie cicho.

- M-możesz… możesz zostać ze mną? – zapytałam, czując się przy tym wyjątkowo żałośnie; jakbym miała pięć lat i nie mogła sobie poradzić z koszmarem sennym. Ale nie wycofałam się ze swojego pytania. Czułam, że tej nocy nie będę już w stanie zostać sama.

- Zawsze, Lil, zawsze – powiedział cicho, zajmując miejsce na łóżku tuż obok mnie, otulając moje zmysły zapachem czekolady i cytryny.

To chyba właśnie wtedy dotarło do mnie z całą mocą, że ja mogłam zapomnieć o swoich uczuciach, ale James wciąż kochał dziewczynę, którą kiedyś byłam. Dotarło do mnie, że on nadal mnie kocha.

* * *

Kiedy rano otworzyłam oczy, byłam bardziej niż zaskoczona obecnością Jamesa w moim łóżku. Musiała minąć dłuższa chwila, nim wspomnienia ostatniej nocy wróciły do mnie. Niemal natychmiast moje policzki przybrały szkarłatną barwę. Chłopak przewrócił się na drugi bok i mruknął coś przez sen, a ja skarciłam się za przyglądanie się mu od dłuższej chwili. Wygrzebałam się niezdarnie z pościeli i otworzyłam szafę z ubraniami, mając zamiar się ubrać. Po kilku minutach wyjęłam z niej bieliznę, niebieskie rurki oraz czarną tunikę i kiedy już miałam ją zamykać, coś rzuciło mi się w oczy. Na półce, na samym dole leżało niepozorne, czarne pudełko, nieco większe od pudełka na buty. Marszcząc brwi, sięgnęłam po nie po czym zamknęłam szafę. Postanowiłam przejrzeć jego zawartość, kiedy już wezmę prysznic i doprowadzę się do porządku. Odłożyłam je więc na biurko i weszłam do łazienki.

Widząc swoje odbicie w lustrze niemal jęknęłam. Moje włosy wyglądały, jakby kilkukrotnie uderzył mnie piorun, cienie pod oczami nadawały wyglądu ożywionego trupa, a na domiar złego moje samopoczucie tylko wszystko pogarszało. Kręcąc głową w niemym geście dezaprobaty dla samej siebie, wzięłam z półki przymocowanej do ściany gumkę do włosów i związałam je w niechlujnego koka.

Zimna woda nieco mnie rozbudziła i można powiedzieć, że nie czułam się już jak ledwo chodzące zombie. Osuszyłam ciało miękkim, puszystym ręcznikiem, ubrałam się i zabrałam za rozczesywanie włosów, co zajęło mi dobre dziesięć minut. Opuściłam łazienkę, zadając sobie pytanie, jak wielu kołtunów we włosach można nabawić się przez jedną noc, kiedy mój wygłodniały żołądek postanowił przypomnieć mi o swoim istnieniu. Czarnowłosy wciąż spał i wyglądał przy tym tak słodko i niewinnie, że po prostu nie miałam serca go budzić.

Opuściłam więc mój pokój z silnym postanowieniem, że sama znajdę kuchnię. Z przykrością jednak stwierdzam, że na postanowieniu się skończyło. Nie miałam pojęcia, że dom jest na tyle duży, by można się w nim zgubić. A może to po prostu ja mam tak wyjątkowy talent? To chyba bardzo możliwe. Wędrowałam więc po domu, zadając sobie pytanie „Gdzie ja, do jasnej ciasnej, jestem?”, kiedy przez własną nieuwagę zderzyłam się z czymś, a raczej kimś, boleśnie. Klnąc na siebie w myślach, zaczęłam zbierać się z podłogi, na której dopiero co wylądowałam, przyglądając się osobie, którą fakt faktem właśnie stratowałam.

- O, cześć Ruda! – zawołał na mój widok czarnowłosy chłopak i wyszczerzył się wesoło. – Zwiedzamy sobie chałupę, co?

- Eee… – odparłam, nie mając pojęcia, co mogę powiedzieć.

Chłopak zaśmiał się cicho, dostrzegając konsternację na mojej twarzy.

- Jestem Syriusz – rzekł i wyciągnął w moją stronę dłoń, którą niepewnie uścisnęłam. – Syriusz Black.

- Och – wyrwało mi się – ten z imieniem od psiej gwiazdy.

- Jedyny i niepowtarzalny do panienki dyspozycji. – Puścił mi oczko z łobuzerskim uśmiechem na twarzy. – Dostałem zaproszenie na obiad od Jima, ale stwierdziłem, że wpadnę wcześniej, żeby podręczyć… to znaczy, żeby dobrze się bawić z moim ulubionym jeleniem.

- Jeleniem? – zapytałam zdezorientowana. – James ma tu jelenie?

Widać moje pytanie wykraczało poza wytrzymałość Syriusza, bo ten odrzucił głowę do tyłu i zaśmiał się w wyjątkowo głośny w sposób, który przywiódł mi na myśl ujadanie psa.

- Oj, Ruda, Jim jeszcze ci nie powiedział? – zapytał, kiedy nieco się uspokoił.

- O hodowli jeleni? Nie.

- Jakich jeleni, Evans? On sam jest jeleniem.

- Rozumiem – odparłam, choć tak naprawdę zaczynałam się martwić o zdrowie psychiczne stojącego przede mną chłopaka.

- Jesteśmy Animagami, Evans – wytłumaczył chłopak, rozgryzając mój wyraz twarzy.

- Och – palnęłam. – Tak, to chyba wiele tłumaczy.

- A co, oberwałaś już od niego kopytkiem?

- Eee… N-nie, chyba nie. Po prostu zaczynałam się martwić, czy aby na pewno jesteś… eee… normalny.

Chłopak znów się zaśmiał.

- Uwielbiam cię, Evans, ani trochę się nie zmieniłaś. Ale żeby rozwiać twoje wątpliwości – ja nie jestem normalny. Jim zresztą też. Normalność jest nudna, Ruda.

- Jasne, rozumiem – odparłam, zastanawiając się, jakby tu zwiać i czy chłopak aby na pewno nie jest jakimś psychopatą.

- No, ale wracając do nudnych… to znaczy do poważnych spraw, to dokąd szłaś? – zapytał w końcu.

- Do kuchni – odparłam.

- Ale ty wiesz, że kuchnia jest w północnym skrzydle, podczas gdy my jesteśmy w południowym?

- Eee…

- Tak myślałem. – Westchnął. – Chodź, zaprowadzę cię. I nie rób takiej miny, nie jestem żadnym psychopatą, który postanowi zabić cię nożem do masła.

- Myślałam raczej o jakimś uduszeniu lub zepchnięciu ze schodów – burknęłam pod nosem, na co chłopak pokręcił z politowaniem głową.

Postanowiłam jednak odegnać od siebie paranoję mojego mózgu i ruszyłam za wciąż szczerzącym się głupio chłopakiem, a kiedy tak szliśmy z przykrością stwierdziłam, że mój wczorajszy ból głowy postanowił odwiedzić mnie również dzisiaj. Westchnęłam w duchu i postanowiłam, że później zapytam Jamesa o jakiś eliksir.

Z jakiegoś powodu wciąż nie mogłam się pozbyć uczucia, że wszystko dzieje się zbyt szybko, że wcale nie jestem gotowa, by powrócić do dawnego życia. A może już nigdy nie miałam być na to gotowa? Nie byłam przecież dziewczyną, którą znał Black, ani którą kochał Potter. Nie znałam tamtej dziewczyny, nie wiedziałam kim i jaka była, lecz miałam wrażenie, że zniknęła ona bezpowrotnie i nie podobała mi się perspektywa udawania kogoś, kim nie jestem, by zadowolić innych. Bo nie byłam już tą Lily Evans, którą znali. Byłam kimś zupełnie obcym, nawet dla samej siebie.

* * *

Weszliśmy do kuchni, a w drodze do niej powoli przestałam obawiać się o własne życie. Właściwie Black był całkiem miłym chłopakiem, do którego poczucia humoru jak widać trzeba się po prostu przyzwyczaić. W jednym James miał z pewnością rację – imię gwiazdy pasowało młodemu Blackowi; podobnie jak one, gwiazdy, roztaczał wokół siebie jasny blask, a urodą mógł zdobyć serce niemal każdej dziewczyny, a kto wie, może nawet mężczyzny. Poza tym – usta dosłownie mu się nie zamykały, ale właściwie byłam mu za to wdzięczna, bo sama zapewne nie wiedziałabym, co powiedzieć.

- Hogwart był nasz, Ruda – mówił, gestykulując przy tym żywo rękami. – Mówię ci, nie było osoby, której nie wycięlibyśmy kawału. Inna sprawa, że mieliśmy przez to wieczne szlabany z ukochaną profesor McGonagall i być może nawet kilka razy wkopaliśmy cię w takowy… Ale z nami przynajmniej nigdy nie było nudno.

- To aż dziwne, że jeszcze nie dostałeś kwiatów i listu z podziękowaniami od tej biednej kobiety. Co ona by bez ciebie zrobiła? – mruknęłam ironicznie.

- Ty, wiesz, że to jest dobre pytanie! Przecież gdyby nie ja…

- Trochę później by osiwiała? – Uniosłam zaczepnie brew.

- …umarłaby z nudów – dokończył spokojnie, całkowicie mnie ignorując. – Pomyśl tylko, popadła by w rutynę, a z tego do depresji niedaleka droga.

Pokręciłam głową z litością i otworzyłam lodówkę, podczas gdy Black spojrzał na zegarek i opadł na krzesło stojące pod ścianą obok małego stolika.

- Amanda powinna być niedługo; jeśli dobrze pamiętam zaczyna pracę o dwunastej.

- Nie chcę być niemiła, ale może ktoś w końcu mnie oświeci i powie, kim jest ta cała Amanda? – zapytałam z lekką irytacją. Naprawdę zaczynało mnie drażnić, że osoby wokół traktowały mnie tak, jakbym powinna wiedzieć te wszystkie rzeczy. Jakby nie zauważyli – straciłam pamięć!

- To gosposia Jima, ale ona traktuje go nieco jak syna. Ciebie zresztą też uwielbia i strasznie wam obojgu matkuje. – Black zaśmiał się cicho, widocznie uznając ten fakt za bardzo zabawny.

Na powrót zwróciłam swoją uwagę w stronę lodówki, decydując się przyrządzić jajecznicę.

- Jesteś głodny? – zapytałam.

- Dopiero jadłem śniadanie. Swoją drogą z Remusa całkiem niezły kucharz, chyba powinien iść w tym kierunku. Ja próbując zrobić prostą jajecznicę jestem w stanie wysadzić połowę kuchni w powietrze.

- Kto to Remus? – zapytałam, modląc się o cierpliwość.

- Och, Luniek to jeden z Huncwotów. Poznasz go dziś na obiedzie, też przyjdzie, no chyba, że wezwą go sprawy Zakonu, ale to raczej mało prawdopodobne. Wiesz co to Zakon, prawda?

- Tak, James mi wytłumaczył.

- No więc wszyscy – to znaczy: Anabell, ja, James, Remus i Peter – powiedzieliśmy Albusowi, że ten dzień jest tylko nasz. Niestety Alicja i Frank nie mogli przyjść. Alicja niedawno straciła dzieci, potem próbowała się zabić i aktualnie jest na terapii w Świętym Mungu, a Frank kiedy tylko nie jest w pracy, nie odstępuje jej na krok.

- Straciła dzieci? – zapytałam smutno. – To okropne.

- To się stało podczas misji Zakonu. Brakowało ludzi, którzy mogliby się tym zająć, więc zgłosiłaś się ty, Emmeline i właśnie Alicja. W normalnych okolicznościach Dumbledore pewnie nigdy nie pozwoliłby jej iść na tak niebezpieczną misję, wiedząc, że jest w ciąży, ale to naprawdę była krytyczna sytuacja. Cóż, koniec końców ty skończyłaś ze sztyletem w brzuchu, a ona poroniła.

- No tak, to by mi tłumaczyło bliznę na brzuchu – mruknęłam, odkładając kilka jajek na blat obok kuchenki i biorąc się za poszukiwanie patelni.

- No cóż – westchnął chłopak, podnosząc się z krzesła – zostawię cię na małe tete-a-tete z twoimi jajkami i pójdę obudzić Jamesa – rzekł, uśmiechnął się dwuznacznie.

- No wiesz? – zapytałam z oburzeniem i nim zdążył się zorientować, co mam zamiar zrobić, chwyciłam z blatu jajko i rzuciłam nim prosto w idealnie ułożoną fryzurę chłopaka.

Przez krótką chwilę miałam wrażenie, że czas się zatrzymał. Mina Blacka była po prostu komiczna, kiedy tak stał w bezruchu, a jajko spływało mu nie tylko po włosach lecz i po twarzy, ale mnie nie było do śmiechu, bo coś w oczach Blacka powiedziało mi, że odwet nastąpi szybko i będzie bolesny.

- O Merlinie, Syriusz, przepraszam – wydusiłam z siebie. – Nie wiem co mnie napadło.

Chłopak jednak nie zwrócił na mnie uwagi; podszedł do sporych rozmiarów szafki, wyjął z niej coś, podszedł do mnie, wciąż z taką samą miną i… i po chwili miałam na głowie cały kilogram mąki.

Nie mam pojęcia co mnie napadło, ale wybuchnęłam nieco histerycznym śmiechem i złapałam kolejne jajko, rozbijając je chłopakowi na głowie.

- Zginiesz, Evans – wysyczał niby groźnie, lecz efekt psuł jego szeroki uśmiech i psotny błysk w oczach.

Zaśmiałam się, jak wariatka i pokazałam mu język. I właśnie w ten sposób zamieniliśmy kuchnię Potter Manor w pole bitwy. Jajka latały wszędzie, a kiedy się nam skończyły, za amunicję posłużyło wszystko inne, co tylko było pod ręką, w tym nawet keczup. Śmialiśmy się jak małe dzieci i zapewne tak właśnie musieliśmy wyglądać. Błagam, kto normalny urządza bitwę na jedzenie w wieku dziewiętnastu lat?

Miałam wrażenie, że oberwałam dosłownie każdym artykułem spożywczym – sokiem pomarańczowym, mąką, liśćmi bazylii, pieprzem w kulkach, mlekiem, oczywiście jajkami, musztardą, nawet czekoladą do smarowania. Musiałam wyglądać strasznie, ale pocieszał mnie fakt, że Black wyglądał nie lepiej, choć nawet w tym stanie nie stracił swojego uroku. Biegaliśmy po całej kuchni jak wariaci, robiąc uniki, ukrywając się za wyspą kuchenną, ślizgając się na brudnej podłodze i świetnie się przy tym bawiąc. Brzuch bolał mnie od śmiechu, ale żadne z nas nie zamierzało skapitulować. Dorwałam się właśnie do butelki z olejem i z zamachem wylałam jej zawartość w stronę Syriusza, który w ostatniej chwili zrobił unik i olej zapewne trafiłby w drzwi… gdyby tylko nie były one otwarte i gdyby nie stał w nich oszołomiony Potter, po którym właśnie spływał tłusty płyn. Na krótką chwilę zamarliśmy z Blackiem, lecz jak już mówiłam tylko na chwilę. Jednocześnie wybuchnęliśmy głośnym śmiechem, a Black ślizgając się, doczłapał w moją stronę, by przybić mi piątkę.

- Wrócę, jak już się uspokoicie – powiedział krótko chłopak i wciąż z wyrazem szoku odwrócił się w kierunku, z którego przyszedł, najpewniej udając się pod prysznic.

Z jakiegoś powodu ten widok jeszcze bardziej rozbawił mnie i Blacka. Usiedliśmy na podłodze, opierając się o jedną z szafek, nie przestając śmiać się jak szaleni.

Rozdział 64 – Odzyskać siebie II

 Z dedykacją dla Niewinnej, z którą pisałyśmy ten rozdział na lekcji i od której zawsze mogę liczyć na radę w kwestii tego opowiadania. Cóż, dla ciebie :-)

Pisałam przy piosence Just a kiss – Lady Antebellum która świetnie będzie pasować do kilku najbliższych rozdziałów :-) 

Rozdział 64 – Odzyskać siebie II

Dom był ogromny, choć chyba nawet to słowo jest niedopowiedzeniem, kiedy pierwszy raz widzi się tak duży i bogato urządzony dom. Wszystko miało tu swoje miejsce i z całą pewnością warte było fortunę, lecz upewniło mnie o jednej rzeczy – preferowałam mniejsze, bardziej przytulne miejsca. O ile hol przypominał jeden z tych średniowiecznych pałaców, o tyle mój pokój prezentował się znacznie lepiej.

- Sama urządziłaś – powiedział James, otwierając mi drzwi. – Zazwyczaj wolałaś wracać na noc do siebie, lecz gdy zostawałaś na jakiś czas lubiłaś mieć swój kąt.

Przekroczyłam próg pomieszczenia i w duchu ucieszyłam się, że styl starej mnie oraz tej nowej był dokładnie taki sam. Gdybym sama miała urządzać ten pokój, wszystko wyglądałoby tak samo, lub przynajmniej tak podobnie, jak tylko się da. Panele z ciemnego drewna nadawały atmosfery ciepła, a uczucie to potęgował trzaskający wesoło w kominku ogień. Przed kominkiem leżał biały, puchaty dywan, z boku z kolei stało drewniane biurko, zachęcająco wyglądające krzesło i spora, drewniana szafa. Całość dopełniało łóżko, na które niemal od razu chciało się paść. Po lewej od łóżka były drzwi – najpewniej prowadzące do łazienki – a po prawej znajdowało się niezbyt duże, lecz i niebyt małe okno z widokiem na wspaniały ogród.

- Moja mama go kochała – rzekł chłopak, widząc czemu się przyglądam. – Ten ogród zawsze wydawał mi się magiczny, kwiaty zdawały się nigdy nie więdnąć. Mama własnoręcznie o nie dbała i nie pozwalała nikomu się do nich zbliżać, zwłaszcza mnie. Twierdziła, że są zbyt delikatne na stratowanie przez małe, nieokiełznane tornado – zakończył z pełnym dumy uśmiechem.

Spojrzałam na niego z uniesioną brwią i rozbawieniem w oczach.

- Mam rozumieć, że mówiąc „małe, nieokiełznane tornado” miała na myśli ciebie? – zapytałam, nie kryjąc się z szerokim uśmiechem.

- W rzeczy samej – odparł, szczerząc się jak głupi do sera. – Jako dziecko byłem nieco nadpobudliwy…

Parsknęłam cicho i na powrót zwróciłam spojrzenie w kierunku rozpościerającego się za oknem widoku.

- Jest piękny – powiedziałam szczerze po chwili milczenia. – Twoja mama musiała mieć rękę do kwiatów.

- Miała – przyznał, ruszając powoli w moją stronę. – Kiedy żyła, ten ogród również był pełen życia. Teraz moja gosposia utrzymuje go za pomocą zaklęć.

Chłopak stanął obok mnie i również wpatrzył się ogród. Milczeliśmy przez długą chwilę, a każde z nas zdawało się być całkowicie pogrążone w swoich myślach.

- Opowiesz mi? – zapytałam cicho. – Opowiesz mi, jak to z nami było?

Chłopak zaśmiał się, lecz był to śmiech pozbawiony wesołości.

- To nie jest żadna z tych cudownych, romantycznych opowieść, Lily – odparł równie cicho.

- Mimo wszystko chciałabym znać tę historię…

Chłopak przeczesał dłonią włosy, usiadł na łóżku i gestem ręki zachęcił mnie, bym zrobiła to samo.

- Opowiem ci, ale… ale to wszystko jest bardzo porąbane i może nie udać się tego przekazać, ale… ale kochaliśmy się, Lily, bardzo mocno. – Westchnął ciężko. – Wszystko zaczęło się, kiedy zobaczyłem cię w pociągu do Hogwartu. Już wtedy byłaś śliczna i byłbym głupkiem, gdybym tego nie dostrzegł. Ale miałem jedenaście lat i nie miłości były mi w głowie. Za to tak słodko się denerwowałaś; bardzo mnie to śmieszyło. Szybko okazało, że ja i moi przyjaciele działamy na ciebie jak płachta na byka. Więc robiłem sobie z ciebie żarty, co jakiś czas proponując randkę i obrywając za to zaklęciem. Nienawidziłaś mnie i nie miałem co do tego żadnych, absolutnie żadnych wątpliwości. Za to coś się między nami zmieniło pod koniec piątego roku. W pewnym sensie doprowadziłem do tego, że zakończyłaś swego rodzaju toksyczną przyjaźń i mimo że na początku byłaś wściekła, kiedy spotkaliśmy się po wakacjach coś wyraźnie było inaczej. Czułem to. Twoje odmowy, na moje propozycje randek stały się mniej stanowcze, a spojrzenia jakby mniej mordercze. Ale to jeszcze nie był nasz czas, choć skradłem ci kilka buziaków. W głębi ducha wiedziałem, że oboje jeszcze musimy do tego dojrzeć. Nasz szósty rok był czymś w rodzaju podchodów. Ja robiłem wszystko, by pokazać ci, iż dojrzałem, ty robiłaś wszystko, żeby tego nie dostrzegać. W wakacje przyjechałaś do mnie na kilka dni z przyjaciółkami i wtedy właśnie zgodziłaś się ze mną umówić, choć wciąż zaznaczałaś, że to tylko przyjacielski wypad. No i nadszedł siódmy rok; do Hogwartu wróciła twoja stara przyjaciółka, Dorcas i znów zaczęliśmy tę naszą grę, choć myślę, że oboje już coś do siebie czuliśmy. Siódmy rok powinien być naszą bajką. – Westchnął. – Ale nie był. Nasi rodzice zostali zamordowani, nieustannie kłóciłaś się z siostrą…

- Mam siostrę? – przerwałam mu zszokowana. – A-ale jak to?! Nikt mi nie powiedział!

- Bo nie ma o czym mówić, Lily, nie miałyście dobrego kontaktu.

- Ale… Ale to nie zmienia faktu, że jest moją siostrą! Dlaczego mnie nie odwiedziła?!

- Nie wiem – odparł i wzruszył bezradnie ramionami. – To sprawa między wami, nigdy w to nie wnikałem. Choć myślę, że ona jest zwyczajnie o ciebie zazdrosna.

- Zazdrosna?

- Tak sądzę. Ale pozwól mi skończyć, wtedy będziesz mogła zadawać pytania.

- Dobra, kontynuuj.

- Cały siódmy rok był piekielnie ciężki, lecz bardzo nas do siebie zbliżył. Choć o kilku rzeczach z chęcią bym zapomniał… Na przykład o wizycie w Blood Manor…

- Czekaj, czekaj. – Zmrużyłam oczy. – Chcesz mi powiedzieć, że odwiedziliśmy najbardziej nawiedzony i zarazem niebezpieczny dom świata?

- To wcale nie była najgłupsza rzecz jaką zrobiliśmy. – Wyszczerzył się.

- Słodki Merlinie, chyba nie należałam do rozważnych osób… – jęknęłam.

- Wciąż masz ten nawyk – zauważył nagle.

- Nawyk? – Spojrzałam na niego z zaskoczeniem. – Jaki nawyk?

- Delikatnie mówiąc, jesteś uzależniona od zwrotu „słodki Merlinie”. Masz tak jeszcze od czasów Hogwartu. – Nostalgiczny uśmiech pojawił się na jego twarzy. – Cóż, wracając do opowieści – pod koniec roku wydarzyło się coś, co bardzo nas skłóciło. Ukończyliśmy Hogwart niepokłóceni, ale już nie jako para. Ja znalazłem sobie kogoś, żeby zapomnieć o tobie, a ty wyjechałaś. Potem dotarło do nas, że nie przeżyjemy osobno i znów się zeszliśmy. Odrzuciłaś propozycję pracy w wysoko ustawionym, francuskim szpitalu i dołączyłaś do Zakonu Feniksa…

- Do czego? – zapytałam z rozbawieniem. – To jakiś klub miłośników feniksów? – Zachichotałam.

James przyjrzał mi się, marszcząc lekko brwi.

- Myślałem, że będziesz to wiedziała… mówili, że wiesz o podstawowych rzeczach… Choć z drugiej strony Zakon nie jest oficjalny… Nieważne, chyba muszę ci wytłumaczyć naszą aktualną sytuację polityczną – rzekł, kolejny raz przejeżdżając dłonią po włosach,powodując tym w jeszcze większy bałagan na głowie. Z jakiegoś powodu rozczulał mnie tym gestem.

- A coś z nią nie tak? – zapytałam i uważnie mu się przyjrzałam.

- Mamy wojnę, Lily… – powiedział, a ja poczułam, że nieświadomie zmarszczyłam brwi.

* * *

- Rozumiesz? – zapytał James jakiś czas później.

- Tak mi się wydaje – powiedziałam powoli i zrezygnowałam z opierania się o kolumienkę na rzecz rozłożenia się na wygodnym łóżku. – Ale przecież to głupie. Czy pochodzenie z rodziny mugoli ma jakiekolwiek znaczenie? Wszyscy jesteśmy przecież ludźmi.

- Ja to wiem – odparł chłopak, podnosząc się z łóżka – ale inni nie są tak genialni, jak ja.

- Czyli mówisz, że Zakon Feniksa walczy z tym całym Voldemortem, a takiego konkretnie robi?

- Staramy się uprzykrzać życie jemu i jego Śmierciożercą – powiedział z uśmiechem, który czaił się w kącikach jego ust. – Wykradamy plany, bronimy cywilów, kiedy dochodzi do ataków, staramy się nie dopuszczać do korupcji w Ministerstwie… Krótko mówiąc Zakon jest takim wrzodem na tyłu Voldemorta.

- To wszystko jest okropnie skomplikowane – westchnęłam, podnosząc się z łóżka. – Wybacz te nagłą zmianę tematu, ale masz może coś do jedzenia? Umieram z głodu.

- Właśnie miałem o tym powiedzieć, Amanda pewnie kończy robić obiad…

- Amanda? – zdziwiłam się.

- Muszę ci jeszcze wiele opowiedzieć. Chodź – powiedział i złapał mnie delikatnie za nadgarstek. Wtedy właśnie to poczułam; na początku było jedynie dziwne łaskotanie i dopiero po chwili stanął mi przed oczami obraz, wywołując przy tym ogromny ból w głowie.

- Widziałam artykuł… – powiedziałam cicho, patrząc w brązowe oczy Jamesa Pottera. – Ponadto, twoje słowa, wtedy, po ataku na Pokątną, nie dawały mi spokoju… Myślę, że musimy porozmawiać, dlatego tu jestem…

- Dobrze… Więc co chcesz usłyszeć, Lily?

- Prawdę.

- Prawdę – powtarza tępo. – Sam już nie wiem co jest prawdą… Pogubiłem się w swoich uczuciach… Kiedy Cię nie ma, marzę tylko o tym, by Cię zobaczyć… Ale teraz, kiedy tu jesteś, mam wrażenie, że wciąż znajdujesz się za jakimś grubym murem, nieosiągalna dla mnie… Zmieniliśmy się, Lily i… I sam już nic nie rozumiem… Jesteś tu, jesteś przy mnie, jednocześnie tak blisko a i tak daleko…

- Nie rozumiem…

- Sam tego do cholery nie pojmuję! Wciąż rządzisz moim życiem Lily Evans! Nie chcę tego, ale tak jest! Nawet kiedy nie ma cię u mojego boku, pozostaje echo tego co było kiedyś… Twoje wspomnienie niszczy mnie, nie pozwala ułożyć sobie życia… Rani nie tylko mnie…

- Masz kogoś, prawda – wypaliłam nagle. Choć zaskoczenie miga w jego oczach, nie zaprzecza. – Kto?

- Eleonor, jest Ścigającą w naszej drużynie… Przykro mi Lily…

- Przestań! Nie przepraszaj mnie! Nie masz za co – ostatnie zdanie kończę szeptem – Nie jesteśmy już razem, nie przepraszaj mnie, że próbujesz ułożyć sobie życie… Ja zawsze będę jakąś znaczącą częścią twojej przeszłości, tak jak ty mojej… Czasami będzie wydawać Ci się, że wciąż mnie kochasz… Ale to będzie chwila, jeden, mało znaczący moment. Ułóż sobie życie z Eleonor, bądźcie szczęśliwi, zapomnij o mnie.

- To nie tak powinno być – mówi. – Powinnaś być moja, Evans, to nie tak powinno się skończyć.

- Wiem – szepczę – Ale może nie jesteśmy sobie pisani… To co było między nami, było piękne i nie zapomnę żadnej chwili spędzonej u twojego boku, ale wszystko co piękne, kiedyś się kończy. Może nasza historia ma swój koniec tutaj?

- Więc chyba wypada powiedzieć: do widzenia, Lily…

- Do wiedzenia, James…

Otworzyłam oczy, zastanawiając się, kiedy je zamknęłam i… i dlaczego klęczę na podłodze, a nade mną pochyla się zmartwiony James.

- Lily? – zapytał. – Co ci jest?

- To nic takiego – skłamałam, choć ze pewne zdradził mnie słaby głos.

- Akurat – powiedział sceptycznie.

- To nic, czym trzeba się przejmować. Lepiej?

- Zawsze byłaś beznadziejnym kłamcą.

- Naprawdę nic mi nie jest.

- Jasne, Evans. Albo ładnie mi wszystko powiesz, albo fiuukam do Syriusza, on ma naturalny talent do wyduszania z ludzi informacji… powiesz mu wszystko, byle tylko dał ci spokój.

- Syriusz? – zapytałam, podnosząc się chwiejnie z ziemi. – Jak ta gwiazda?

- Syriusz pochodzi z… arystokratycznej z braku lepszego określenia, rodziny, a tam imiona mają wyjątkowe znaczenie. Jego ojciec miał na imię Orian, a kuzynka Andromeda.

- Chyba cenią sobie niebo.

- Cóż, Syriusz w każdym razie jest jak gwiazda – zawsze musi błyszczeć.

- Lubiliśmy się?

- Ty i Syriusz? Odkąd zostaliśmy parą byliście dla siebie… jak rodzeństwo? Coś w tym stylu. Nigdy nie szczędziliście sobie wrednych komentarzy, ale oboje o siebie dbaliście.

- To może faktycznie go zaproś? Chciałabym… no wiesz, poznać kogoś, kogo znałam przed tym wszystkim.

- Jeśli nie przeszkadza ci większe towarzystwo, mogę zaprosić też kilka innych osób. Wiesz, tych z bliższego otoczenia.

- To chyba dobry pomysł – powiedziałam, przygryzając wargę.

- To co, wysyłam im wiadomości z zaproszeniem na jutrzejszy obiad, tak?

- Brzmi dobrze. Wiesz, chyba się położę, strasznie boli mnie głowa.

- Nie ma sprawy, to chyba nawet dobrze, bo jakoś blado wyglądasz. W szafie są wszystkie twoje ciuchy, a jeśli chcesz wziąć prysznic to ręczniki są w łazience, w szafce na trzeciej półce.

- Jasne, dzięki – odparłam z uśmiechem, który zniknął, gdy tylko drzwi zamknęły się za chłopakiem. Głowa pękała mi z bólu, lecz stwierdziłam, że zimny prysznic przed snem dobrze mi zrobi. Weszłam do łazienki z piżamą w rękach, zamknęłam za sobą drzwi i zaczęłam się rozbierać.

Koniec końców stanęłam w samej bieliźnie przed lustrem, patrząc w nie z niesmakiem. Miałam ładne, rude włosy, duże, zielone oczy, ale na tym moje zalety się kończyły. Byłam chuda – zbyt chuda, przez co widać wyraźnie było moje żebra. Skóra miała niezdrowy, blady odcień, jakbym od dawna nie widziała słońca. Ale najgorsze były blizny, które pokrywały moją skórę w wielu różnych miejscach. Najwięcej było ich na ramionach i plecach. Kładłam się spać z pytaniem: czy to ta wojna kosztowała mnie utratę zdrowia i wyglądu?