Miesięczne archiwum: Grudzień 2015

Święta i nowy rok

Kochani,

z okazji świąt chcę wam złożyć najlepsze życzenia. Więc życzę wam, żebyście spędzili ten wyjątkowy czas w gronie najbliższych, żeby nowy rok przyniósł wam wszystko co najlepsze; zdrowie, szczęście, miłość, przyjaźń. Żebyście pokochali kogoś tak mocno, jak Lily kocha Jamesa, żebyście poznali tak wspaniałych przyjaciół, jak Huncwoci i żeby w waszym życiu nie gościł smutek.

Na koniec dziękuję za tak ogromne zainteresowanie ankietą, przy pisaniu będę się kierować waszymi propozycjami. To chyba tyle… nowy rozdział pojawi się do końca grudnia.

Pozdrawiam gorąco,

Wasza EKP

Rozdział 62 – Ciężkie jest życie mężczyzny

 

Wybaczcie, ale nie pozbawię was swojej gadaniny. Jak zapewne zaraz zauważycie, ta notatka jest inna od tych, które piszę normalnie. A to dlatego, moi drodzy, że dziś spojrzycie na wszystko z perspektywy naszego ukochanego Jamesa Pottera. Rozdział miał zostać dodany w mikołajki, lecz i mnie, i mojej becie coś nie wyszło. No cóż, mówi się trudno… Dla mniej spostrzegawczych osób – po prawej stronie możecie teraz znaleźć takiego małego „Proroka Codziennego”, w którym będę was na bieżąco informować o nowościach. To chyba wszystko, ale oczywiście mam wrażenie, że o czymś zapomniałam… No oczywiście, że zapomniałam! Na koniec chcę was zaprosić na niedługą ankietę odnośnie kilku aspektów opowiadania. Będą tam pytania na temat tego, co powinno się wydarzyć w kolejnych rozdziałach i z pewnością wezmę sobie wasze zdanie do serca, więc zachęcam do jej wypełnienia. Link zamieszczę na samym dole rozdziału. Teraz to chyba naprawdę wszystko ;-) Miłego czytania – komentarze mile widziane. 

Rozdział sprawdzony przez Niewinną0607

* * *

Relacje między mną a Lily są właściwie bardziej niż ciężkie do wyjaśnienia. To chyba oczywiste, że kochamy się bardziej, niż wydaje się to możliwe i nie możemy żyć bez siebie, lecz mimo to, myślę, że oboje nie możemy wytrzymać bez rozstawania się na jakiś czas. Moje uczucie do Lily nie narodziło się, kiedy tylko ją zobaczyłem, o nie. Właściwie, jeśli mam być szczery, to aż do końca piątego roku uważałem ją za zbyt zarozumiałą kujonkę, a wszystkie propozycje randek miały na celu jedynie wyprowadzić ją z równowagi.

Pod koniec piątego roku, założyłem się o nią z Syriuszem i przez cały szósty rok próbowałem udowodnić dziewczynie, że jestem jej wart. Ale wiecie co? Po drodze natknąłem się na małą niespodziankę – kiedy szósty rok dobiegał końca, zdałem sobie sprawę, że zaczynam czuć coś więcej do Lily Evans. Nasze relacje nigdy nie były łatwe, kłóciliśmy się miliardy razy i miliardy razy się godziliśmy. Przyznam się bez bicia, że poranki, kiedy budziłem się obok Lily, bo dzień wcześniej się pogodziliśmy, są jednymi z najlepszych chwil w moim życiu.

Ojciec zawsze mi powtarzał – a później mówił to również Syriuszowi – że tylko raz spotyka się osobę, z którą chce się spędzić całe życie. Syriusz wciąż szuka kogoś takiego, ale ja miałem więcej szczęścia. Więcej szczęścia niż rozumu tak naprawdę. Jak już wspominałem, z Lily ciągle się kłócimy. Nie sądzę, żeby była to w pełni moja, ani w pełni jej wina. Tak to już jest, kiedy trafiają na siebie osoby o upartości Hipogryfów. Lily nienawidzi, kiedy czegoś jej zabraniam i w ostatnim czasie to spowodowało większość naszych kłótni. Potem niby się godziliśmy, ale czułem, że ona wciąż jest zła.

Czy to źle, że wolałbym trzymać Lily z dala od tej przeklętej wojny? Czy to źle, że najchętniej trzymałbym ją mocno w ramionach, słodkimi pocałunkami zasługiwał na jej uwagę i w ten sposób czekał na koniec całego tego cholerstwa? Sądzę, że po prostu nie umiem zaakceptować, iż Lily tak doskonale radzi sobie w walce, iż wcale nie potrzebuje mnie przy swoim boku. Na galopujące Hipogryfy, Syriusz ma rację, jestem zbyt zaborczy.

Cóż, w każdym razie właśnie znów pokłóciliśmy się z Lily. Tym razem poszło o wakacje. Martwiłem się o moją ukochaną, widziałem co się z nią dzieje w ostatnim czasie. No i muszę przyznać, że pierścionek, który od jakiegoś czasu noszę nieustannie przy sobie, również mnie korcił. Zaproponowałem więc wyjazd – myślałem o Hawajach, na których tyle jest słońca, brakującego Anglii – a Lily odrzuciła moją propozycję. Możliwe, że powiedziałem kilka słów za dużo, ale i reakcja Lily była mocno przesadzona. Dziewczyna wyszła, trzaskając z całej siły drzwiami. Nie próbowałem jej zatrzymać. Siedziałem tylko na nieznośnie twardym krześle, ukrywając twarz w dłoniach. Wstałem nieśpiesznie i podszedłem do okna.

Tylko przypadek sprawił, że udało mi się dostrzec znikającą między drzewami sylwetkę ukochanej.

Idź za nią, kretynie! – warknął mój wewnętrzny Remus.

- Nie sądzę, żeby chciała mnie słuchać – odparłem sam do siebie.

I ty się dziwisz, że ona ciągle cię zostawia? Nawet nie masz odwagi o nią zawalczyć!

- Co takiego? Oczywiście, że… Godryku, co ja wyprawiam?! Gadam sam ze sobą…

To zamiast gadać, zamiataj za nią!

- Słuszna uwaga…

Nie zastanawiając się dłużej nad własnym zdrowiem psychicznym, ruszyłem do drzwi.

* * *

Las obok mojego domu zawsze dobrze mi się kojarzył, choć mama nienawidziła, kiedy się do niego zapuszczałem. Za to tata chodził tam ze mną, uczył jak się nie zgubić, często, kiedy byliśmy już z dala od srogiego oka mamy, dawał mi swoją różdżkę i uczył prostych zaklęć. Później chodziliśmy na malutką polankę, nieopodal, której przepływał strumyk i objadaliśmy się słodyczami z Miodowego Królestwa. Wciąż chodzę w to miejsce, choć taty nie ma już wtedy ze mną. Pewnego dnia pokażę to miejsce własnemu synowi, żeby on mógł pokazać je swojemu, żeby pamięć o nim nigdy nie umarła. Chodzę po lesie od dobrej godziny, lecz nigdzie nie mogę jej znaleźć. Czyżby się deportowała? To byłoby całkiem logiczne i w jej stylu, jednak coś – być może mój wewnętrzny Remus – nie pozwala mi przerwać moich poszukiwań.

Nagle dociera do mnie, jak mało o tym lesie wie Lily. Nie ma na przykład pojęcia, że dotknięcie niektórych roślin jest śmiertelne albo, że w niektórych miejscach wykopane są głębokie doły, sam nie wiem po co. Ale myślę, że to nie to tak mnie niepokoiło. Coś powtarzało mi, że stało się… Nagle usłyszałem szelest gdzieś za sobą. Błyskawicznie wyciągnąłem różdżkę i odwróciłem się w tamtą stronę. Co jak co, ale refleks miałem dobry – nie bez powodu byłem szukającym Gryffindoru. Okazało się, że odgłos spowodowała przebiegająca tamtędy sarna.

Odetchnąłem z ulgą, ale wpadłem też na pewien pomysł. Przekształciłem się w swoją zwierzęcą formę. Dziś jestem już przyzwyczajony do poroża i kopyt, ale doskonale pamiętam, jak na samym początku nie mogłem złapać równowagi i doprowadzałem tym Syriusza do szaleńczych napadów śmiechu. Zresztą, wcale mu się nie dziwię – jeleń, który zataczał się, jakby przesadził z ognistą whisky musiał wyglądać dość śmiesznie. Ale nie przybrałem postaci Rogacza, żeby wspominać. Teraz o wiele wyraźniej czułem każdy zapach – od zapachu drzew, aż po delikatne, waniliowe perfumy. To było to! Choć ledwie wyczuwalne, udało mi się je wywąchać. Na Godryka, to fatalnie brzmi. Ale mimo głupoty tego stwierdzenia, ruszyłem za zapachem Lily. Z czasem stawał się coraz wyraźniejszy, aż w końcu dostrzegłem ją.

Leżała na ziemi, była nieprzytomna, a mimo to wyglądała tak… tak uroczo i niewinnie. Zmieniłem się w człowieka i natychmiast wziąłem ją na ręce. Biegłem szybciej niż myślałem, że potrafię i jakieś dziesięć minut później byłem z powrotem w domu. Niemal zderzyłem się z zaskoczonym Syriuszem.

- Rogacz? Zamordowałeś Rudą? – Spojrzał dziwnie na dziewczynę w moich ramionach.

- Łapo, to nie czas na żarty. Leć do Munga po jakiegoś Uzdrowiciela, nie wiem co jej jest.

* * *

W życiu każdego faceta przychodzi taki moment, kiedy tylko butelka ognistej może mu pomóc. A najlepiej dwie. I może taki Black do kompletu.

„To było Obliviate” – słowa Uzdrowicielki wciąż tłukły się po moim rozczochranym łbie.

- Nie łam się, Rogaś, nie wiemy, jak wiele wspomnień jej usunięto. Może nie będzie tak źle?

- Łapo, czy ty sam siebie słyszysz? Ktoś rzucił na nią Obliviate i ma nie być tak źle?!

- No dobra, może nie będzie zbyt kolorowo, ale przecież zawsze mogło być gorzej. Pomyśl tylko, gdyby ten ktoś zamiast Obliviate rzucił na nią…

- Zamknij się, Syriusz! – warknąłem, podnosząc do ust kieliszek i przełykając gorzki alkohol. Cofam wszystko, co mówiłem o Blacku, zabierajcie go sobie!

- Dobra, dobra, ja tylko chciałem pomóc. – Chłopak uniósł ręce do góry w geście poddania. – To nie moja wina, że jesteś lekko…

- Jeśli skończysz to zdanie, przysięgam, że twoja twarz nie będzie już taka przystojna!

- Cóż, jeśli masz się nade mną znęcać, to może ja już sobie pójdę. I tak jestem umówiony z Remusem.

- Z Remusem?

- No tak, czaisz, to ten nasz…

- Łapo, wiem kim jest Remus! – warknąłem ze złością. – Po prostu ostatnio ciągle gdzieś razem znikacie.

- No wiesz, robimy sobie takie… eee… męskie wypady.

- A Peter?

- Coś z nim nie tak?

- Idioto, pytam, dlaczego nie bierzecie go ze sobą.

- Och, o to ci chodzi. No wiesz, myślę, że Peter… cóż… echem… No wiesz, on i tak ma dużo zajęć…

- To zabawne, bo ostatnio wysłał mi list, w którym narzekał na to, jak bardzo się nudzi.

- Patrz, Rogaczu, jaka ironia, jeszcze niedawno miał tyle obowiązków, a teraz się biedaczek nudzi…

- Syriusz… – Westchnąłem ciężko. – Możesz sobie wymyślać te swoje zwariowane wymówki i mógłbyś nabrać na nie samego Voldemorta, ale mi nie wciśniesz takiego kitu. Za dobrze cię znam. Coś kombinujecie z Remusem i wierz mi, dowiem się co.

Syriusz spojrzał na mnie jakoś tak ponuro.

- Nie jestem pewien, czy chcesz się dowiedzieć – rzekł, po czym opuścił pomieszczenie i zostałem sam na sam z moją butelką Ognistej Whisky. Lily zapewne by tego nie pochwaliła, ale właściwie, czego dziewczyna nie zobaczy, to jej nie zaboli. Zazwyczaj nie upijam się sam (poważnie, zwykle wciągam w to resztę Huncwotów), ale przecież nawet najlepszym zdarzają się małe wpadki. Tego wieczoru nie miałem ochoty na czyjeś towarzystwo; wciąż potrzebowałem czasu na przyswojenie wiadomości o stanie Lily. Jakich problemów musiała sobie narobić, by ktoś posunął się do Obliviate? Czy zobaczyła coś, czego nie powinna?

Nagle dotarło do mnie, że ta sytuacja jest w bardzo dużej części moją winą. Gdybym nie zaczynał tematu wakacji, gdybym nie nalegał i w końcu, gdybym nie obraził Lily, przez co ta wyszła, nie umierałbym teraz ze zmartwienia. Zegar wybił trzecią w nocy. Naprawdę spędziłem tam tyle czasu? Przeciągnąłem się i zerknąłem na butelki, stojące na stole. Obie były puste. Cóż, mogłem być z siebie dumny. Dopiero, kiedy wstałem z krzesła poczułem skutki wypitego alkoholu. Jakoś doczołgałem się do swojej sypialni i niczym trup, padłem na łóżko.

* * *

Ranek, jak na mój gust, nadszedł stanowczo zbyt szybko i zaowocował piekielnym bólem głowy oraz wymiotami. Chyba już dawno nie miałem takiego kaca. Dwie butelki wody później można powiedzieć, że jako tako nadawałem się do życia. Z pewnością nie czułem się, jak nowo narodzony, lecz chyba dobre i to, no nie?

Dochodziła godzina dwunasta, a ja kręciłem się po domu, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. To prawie tak, jakbym miał ADHD – usiedzenie w jednym miejscu graniczyło dla mnie z cudem. W końcu chwyciłem w rękę miotłę i wyruszyłem na zwiedzenie podniebnych przestrzeni. Latanie zawsze mnie uszczęśliwiało i wcale nie chodziło o to, że byłem w tym najlepszy (choć i to miało w tym swój udział). Kiedy latasz, jesteś tylko ty, miotła i ten nieziemski wiatr we włosach. Czujesz się wolny i nic innego nie jest już ważne. I tym razem latanie działało idealnie, mogłem przestać myśleć o wojnie i o tym, iż z każdym dniem coraz bardziej uświadamiam sobie, że nie jest ona zabawą, za którą początkowo ją brałem.

Do domu wróciłem po czternastej. Wziąłem szybki prysznic i ubrałem na siebie pierwsze lepsze ciuchy. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego kobiety przywiązują do nich taką wagę. Ja wychodzę z założenia, że cichy mają być wygodne i nie mogą krępować moich ruchów, zwłaszcza podczas walki.

Skierowałem się do kuchni i zastałem w niej Amandę, która przygotowywała obiad.

- Idź do jadalni, kochanie, zaraz podam jedzenie – powiedziała z ciepłym uśmiechem. Uwielbiałem tę kobietę, przypominała mi taką pełną ciepła babcię.

- Dzięki, Amando – odparłem ze słabym uśmiechem.

- Mam przygotować też coś wegetariańskiego dla Lily? – zapytała, gdy stałem już przy drzwiach.

- Lily nie przyjdzie – powiedziałem cicho.

- Och, to wielka szkoda, uwielbiam tę dziewczynę. Jest taka uprzejma i pełna życia. Idealnie do siebie pasujecie. Może przygotować wam na jutro jakiś miły wieczór tylko we dwoje? Ten pierścionek to chyba już zbyt długo przy sobie nosisz, nie sądzisz? – Kobieta uśmiechnęła się do mnie.

- Lily jest w szpitalu, Amando – rzekłem ze zmęczeniem.

- Och, Chrystusie, co jej się stało? Właściwie to nieważne, co ty tu jeszcze robisz?! Powinieneś być z nią.

- Uzdrowiciele mnie nie wpuszczą, wciąż próbują znaleźć sposób, by jej pomóc. Ktoś rzucił na nią Obliviate…

* * *

Jadłem obiad, nie myśląc o niczym ważnym, gdy ktoś zapukał do drzwi. Amanda już poszła, a prawdopodobieństwo, że Lauren usłyszy dzwonek było dość niskie, tak więc sam powlokłem się do drzwi.

- Hej, Pete – powiedziałem, gdy ujrzałem Glizdogona. – Właź.

- Cześć, James. Niedawno dowiedziałem się o Lily, strasznie mi przykro.

- Daj spokój, stary. – Machnąłem ręką. – Co cię sprowadza?

- Pomyślałem, że może potrzebujesz towarzystwa. Remus i Syriusz wciąż są zajęci, więc… – Chłopak wzruszył ramionami z nieporadną miną.

- To miłe z twojej strony, Pete. Napijesz się czego?

- Herbaty, jeśli masz – odparł chłopak, zrzucając z ramion kurtkę. – Niezła się ulewa zrobiła, prawda?

- Tak – zgodziłem się. – Jeszcze niedawno byłem latać i było naprawdę słonecznie. Lauren!

Mała, pomarszczona skrzatka pojawiła się przede mną.

- Mistrz wzywał Lauren?

- Tak, Lauren. Bądź tak miła i przygotuj nam po kubku herbaty. Będziemy w moim pokoju.

- Wedle życzenia, mistrzu.

Ruszyliśmy z Peterem po schodach, a ja nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że mojego przyjaciela coś gnębi.

- Pete, co się stało? – zapytałem, kiedy znaleźliśmy się w moim pokoju.

- Tak bardzo widać? – rzekł cicho chłopak.

- Bez obrazy Pete, ale wyglądasz jak prawdziwa definicja nieszczęścia.

- To nic takiego, Jim, nie przejmuj się mną, masz własne problemy.

- Nie wymiguj się, Pete, jesteśmy przyjaciółmi i jeśli coś cię gnębi zawsze możesz o tym ze mną pogadać.

- Okej. – Niższy chłopak westchnął ciężko. – Kate mnie rzuciła.

- Serio? Przecież byliście razem tacy szczęśliwi – mruknąłem z zaskoczeniem.

- No wiem, nie miałem pojęcia, że coś nie tak, ale ona ni z tego, ni z owego oznajmiła mi, iż nie czuje się dobrze w tym związku.

- Nie przejmuj się, świat jest pełen pięknych dziewczyn. Spójrz na Syriusza, on chyba nigdy się nie ustatkuje. A jeśli o Syriuszu mowa, zauważyłeś, że on i Remus dziwnie się zachowują? Ciągle gdzieś znikają i nigdy nie mają czasu.

- Tak, chyba masz rację. Ciekawe o co może chodzić.

- Też mnie to zastanawia. A poza rozstaniem z Kate, to co u ciebie słychać?

- Byłem niedawno w odwiedzinach u rodziców. Mój tata bardzo choruje i chyba nie zostało mu dużo czasu.

- Przykro mi, Pete.

- Niepotrzebnie – odparł chłopak z odległym spojrzeniem. – Mój ojciec bił mnie i matkę odkąd pamiętam. Kiedy umrze mama będzie bezpieczna.

- B-Bił cię? – wyjąkałem. – Ale… Dlaczego nigdy nic nie powiedziałeś?

- Ojciec, który cię leje i który ciągle pije nie jest powodem do dumy, Jim.

- Ale gdybyśmy wiedzieli, moglibyśmy ci jakoś pomóc. Przecież to straszne! Żaden rodzic nie ma prawa podnieść ręki na dziecko! To barbarzyństwo! Na Wielkich Założycieli, Pete, gdybym tylko wiedział…

- Uspokój się, Rogaczu – powiedział Peter z delikatnym uśmiechem. – Przeszłości nie zmienimy, a teraz ten człowiek już mnie nie tknie. A niedługo przestanę zamartwiać się o mamę.

- Peter?

- Hmm?

- Nie miej przed nami już żadnych tajemnic, okej?

Mój przyjaciel wyglądał na zaskoczonego i jakby przestraszonego, lecz po chwili na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

- Nie ma sprawy.

- Hej, a nie wiesz może co z Alicją? – zapytałem, zmieniając tym samym temat.

- Och, mówisz o tej jej próbie samobójczej, tak?

- Tak, Lily bardzo się tym zamartwiała, ale z jakiegoś powodu ani razu nie odwiedziła Alicji. Wydaje mi się, że były o coś pokłócone.

- Nie wiem nic na ten temat, ale nie tak dawno natknąłem się na Franka. Mówił, że Alicja rozpoczęła terapię i bierze eliksiry antydepresyjne.

- Czyli już z nią lepiej?

- Na to wygląda.

- To dobrze. Kiedy Lily się obudzi będzie potrzebowała wsparcia najbliższych.

- Myślisz, że będzie nas pamiętać? – zapytał Peter.

- Mogę się tylko modlić.

* * *

Było dobrze po dwunastej, kiedy Peter opuścił mój dom, lecz nie narzekałem. Ostatnio Peter miał mało czasu i rzadko się widywaliśmy. Ściągnąłem spodnie, bluzkę i nie zakładając piżamy położyłem się do łóżka. Byłem wykończony, ale mój mózg wcale nie zamierzał przejść w stan spoczynku, o nie. Przed oczami wciąż miałem nieprzytomną Lily. Co mnie podkusiło, by pozwolić jej samej wejść do tego przeklętego lasu? I dlaczego ktoś usunął wspomnienia mojej ukochanej? Jedyną osobą, która mogła znać odpowiedź była Lily, lecz ona i jej wspomnienia były aktualnie nieosiągalne. Gdyby Dorcas żyła poszedłbym do niej – w końcu była dla Lily jak siostra i mówiły sobie o wszystkim. Ale Dorcas Meadowes leżała martwa, jakieś trzy metry pod ziemią, zżerana przez robaki. Anabell dopiero co wróciła do kraju, a Alicja leżała w tym czasie nieprzytomna. Nie miałem pojęcia, co robić.

Zegar wybił trzecią w nocy, gdy usłyszałem trzask drzwi, dochodzący z dołu. O tej godzinie bariery mogły przekroczyć tylko osoby, w których żyłach płynęła krew Potterów. Założyłem więc, że to Syriusz, z którym przeprowadziłem kiedyś rytuał braterstwa. Wstałem zaskoczony z łóżka i nagle usłyszałem głośny huk, a potem następny i jeszcze jeden. Założyłem na nos okulary i chwyciłem w dłoń różdżkę, kierując się w stronę drzwi, a zaraz potem schodów.

- Syriusz? – Odetchnąłem z ulgą. – Co ty wyprawiasz, kretynie? Chcesz, żebym dostał zawału? Syriusz? Syriusz, co się stało?

Mój najlepszy przyjaciel siedział na ziemi tyłem do mnie, a wokół niego, wśród ciemności, dostrzegałem fragmenty waz i doniczek. Podszedłem do niego, kilka razy nadeptując na ostre fragmenty i sycząc z bólu. Mimo to nie zatrzymywałem się. Położyłem dłoń na jego ramieniu, a on zwrócił twarz w moją stronę.

- Ty płaczesz? Jezu, Syriusz, co się stało?

- Zabili go – powiedział Łapa zachrypniętym od płaczu głosem. – Te gnidy zabiły mi brata, James. Rozmawiałem z Narcyzą. Prawdopodobnie próbował odejść. I zabili go, James. Jaki ze brat?! Powinienem go chronić, powinienem pilnować, żeby nigdy do nich nie dołączył, a teraz Regulus gnije w jakimś rowie.

Nie wiedziałem co powiedzieć. Syriusz ukrył twarz w dłoniach, a mnie ogarnął niesamowity smutek. Nie znałem brata Syriusza za dobrze, lecz wiedziałem, że Syriusz mimo wszystkich ich kłótni bardzo go kocha. Mój przyjaciel mógł sobie mówić co chciał, ale ja znałem go lepiej niż on sam. Z pewnością kochał brata i świadczył o tym chociażby jego obecny stan.

- Tak mi przykro, stary.

- To była moja wina! Gdybym tylko lepiej go pilnował, gdybym się nim zajął zamiast nieustannie krzyczeć…

Przysięgam, że jeszcze nigdy nie widziałem Syriusza w takim stanie. Siedział przede mną, płacząc jak małe dziecko. Pierwszy raz Black pokazał, że ma w sobie jakieś głębsze uczucia i pewnie byłbym z tego powodu zadowolony, gdyby nie cierpienie, które z pewnością odczuwał. Nie chciałem, żeby Syriusz cierpiał. Za bardzo go kochałem, by spokojnie oglądać jego ból.

- Lauren!

- Tak, mistrzu?

- Przynieś jakiś eliksir uspokajający do mojego pokoju, a później posprzątaj korytarz.

- Już się robi, mistrzu, czy mistrz życzy sobie czegoś jeszcze?

- Nie, Lauren, to wszystko.

Skrzatka zniknęła z głośnym trzaskiem, a ja skierowałem spojrzenie na Syriusza, który wyglądał po prostu żałośnie.

- Wstawaj, stary, nie ma opcji, żebyś spędził tu noc. Godryku, masz pojęcie, jak bardzo zajeżdża od ciebie ognistą?

* * *

Godzinę później eliksir oraz zmęczenie zrobiły swoje i Syriusz zasnął w moim łóżku. Byłem padnięty, lecz właśnie wtedy cichy dźwięk dał mi znać, że ktoś stoi przed bramą domu. Narzuciłem na siebie kurtkę i wyszedłem na dwór, gdzie panował niemal absolutny mrok. W ręce mocno ściskałem różdżkę.

- Jest tam kto? – zawołałem, gdy stanąłem pod bramą.

- James? To ja, Remus.

- Hasło, które aktywuje mapę?

- Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego.

Machnąłem różdżką i brama otworzyła się bezgłośnie.

- Lumos! Co cię sprowadza, Lunatyku?

- Syriusz nie wrócił na noc, jest u ciebie?

- Przed chwilą zasnął. Choć do środka, to wszystko ci opowiem.

* * *

- Szkoda mi Regulusa – rzekł Remus znad kubka z kawą. – To nie był zły chłopak, po prostu rodzina miała na niego zły wpływ, a on nigdy nie miał w sobie buntowniczości Syriusza. Poza tym, Regulus ocalił Lily życie podczas bitwy o Hogsmeade.

- Racja – zgodziłem się. – Ale najbardziej jest mi szkoda Łapy. Był naprawdę załamany, kiedy go znalazłem.

- Syriusz może zgrywać twardziela, ale nawet on ma jakieś głębsze uczucia.

- Mogę cię o coś zapytać, Lunatyku?

- Jasne – odparł z uśmiechem.

- Gdzie ciągle znikacie z Syriuszem.

- Sorry, James, nie mogę ci nic powiedzieć – powiedział Remus, rumieniec na jego policzkach przykuł moją uwagę.

- Chyba nie robicie nic nielegalnego, prawda?

- Nie, oczywiście, że nie – zaprzeczył gwałtownie. – Po prostu… Po prostu to sprawa moja i Syriusza, okej?

- Jasne, nie ma problemu… – odparłem, lecz postanowiłem, że i tak dowiem się o co w tym wszystkim chodzi. I może zaangażuję do tego Petera? Zobaczy się. Póki co nadszedł czas, by sprawdzić co u Lily. 

* * *

Link do ankiety: 
http://www.survio.com/survey/d/M6A6Q9Q5H5A0I3O6Q