Miesięczne archiwum: Listopad 2015

Rozdział 61 – Po prostu zapomnij

Dla Lavender Potter, bo coś mam takie wrażenie, że narażę ci się tym rozdziałem, a zwłaszcza końcówką.

* * *

Przychodzi w naszym, życiu taki czas, kiedy to za wszelką cenę chcemy być sami. Przechadzamy się wtedy do bólu znajomymi ścieżkami, rozmyślamy o sprawach ważnych i tych nieco mniej. Często lubimy wyobrażać sobie różne rzeczy, kolorować naszą rzeczywistość lub najzwyczajniej w świecie wspominać minione chwile. Myślę, że wiosną, a właściwie wczesnym latem Londyn jest szczególnie piękny, choć od deszczowej aury nic nas nie uchroni. Ale to samo mogę powiedzieć o trwającej wojnie – trzeba nauczyć się z nią żyć, bo póki co nikt nie znalazł na nią remedium.

Przechadzam się wąskimi ścieżkami parku, a ciepły wiatr rozwiewa moje krótkie włosy. Co jakiś czas niecierpliwym ruchem odgarniam je z twarzy, ale to nie psuje mojego humoru. Ani trochę go nie psuje. Uśmiecham się jak wariatka do przypadkowo spotkanych ludzi, zachodząc przy tym w głowę, co jest powodem mojej euforii. Nie powinnam być szczęśliwa, mam masę problemów na głowie i zero pomysłu na ich rozwiązanie, lecz pierwszy raz od dawna ani trochę mnie to nie obchodzi.

Mam na sobie białą bokserkę, czarną katanę i szare, wytarte spodnie. Czuję się jak nowo narodzona. Wiatr, który co chwila rozwiewa moją beznadziejną fryzurę, a mnie zdaje się to bawić. Obserwuję dzieci bawiące się piłką i niemal mogę zobaczyć przed oczami siebie i Petunię lata temu. Odganiam od siebie te wspomnienie – ten dzień jest zbyt dobry, by miał go popsuć obraz mojej wiecznie nadętej siostry. Siadam na ławce obok jakieś zaczytanej w tanim pisemku kobiety. Zapewne jest matką któregoś z dzieci.

Nagle ogarnia mnie dziwna nostalgia i choć na twarzy wciąż mam uśmiech, nie wydaje mi się on już tak szeroki, jak kilka chwil temu. Nigdy specjalnie się nie zastanawiałam nad tym, czy chciałabym mieć dziecko. Właściwie dziewięć miesięcy ciąży, poród, pieluchy i te sprawy piekielnie mnie przerażały, lecz odkąd przyzwyczaiłam się do myśli, że noszę pod sercem moje małe maleństwo, już nie musiałam dłużej nad tym myśleć. Pragnęłam tego dziecka, kochałam je, oczyma wyobraźni widziałam siebie, tulącą je w ramionach. A teraz… teraz mojego maleństwa już nie ma. Zatrzymuje wzrok na malutkim blondynku z loczkami na głowie, oraz ślicznymi, niebieskimi oczami.

Harry

Chciałabym, żeby mój synek miał na imię Harry. Potrafiłam go sobie wyobrazić – w mojej głowie był idealną kopią Jamesa, różniłby ich szczegóły – być może kształt nosa, wzrost i… i kolor oczu. Chciałbym, żeby oczy miał moje. Harry James Potter. Nagle dotarło do mnie, jak bardzo pragnę dziecka. Dotknęłam dłonią mojego idealnie płaskiego brzucha, który szpeciła jedynie blizna po sztylecie i uderzyła we mnie jakaś ogromna pustka. Pragnęłam dziecka, lecz nie mogłam go mieć – James nie był gotowy na bycie ojcem, to jeszcze nie ten czas. Zbyt często wychodzi z Syriuszem na te ich dzikie imprezy i mimo że bardzo go kocham, to potrafię dostrzec, jak nieodpowiedzialny jest chłopak. James zapewne by zaprzeczał, lecz ja widziałam to wyraźnie – on nie był gotowy na ojcostwo. Westchnęłam tęsknie i zabrałam dłoń. Do tego wszystkiego dochodziła sprawa wojny – nie miałam prawa skazać niewinnego maleństwa na życie w strachu i bólu. Nie mogłam pozwolić, by moje dziecko wychowywało się w świecie, w którym panuje otwarta wojna. Zbyt wiele sama widziałam i zbyt wiele wycierpiałam, by nie znać jej okrucieństw. Tęsknym spojrzeniem omiotłam placyk zabaw, który pełen był dzieci, a następnie wstałam z ławki i ruszyłam do domu. Po południu zostałam zaproszona na obiad do Molly Weasley, której braci poznałam na spotkaniu Zakonu, więc wybadałoby się przygotować.

* * *

Na miejsce dojechałam Błędnym Rycerzem i początkowo zaskoczył mnie wystrój domu. Był dość oryginalny, lecz stwierdziłam, że przecież każdy ma swój styl i oczywiście fundusze. Nora, bo tak nazywał się dom, okazała się być przemiłym miejscem. Molly Weasley była młodszą siostrą Gideona i Fabiana, którzy z kolei byli starszymi odpowiednikami Syriusza i Jamesa – prawdziwi dowcipnisi. Szybko znalazłam z nimi wspólny język i po jakimś czasie mężczyźni zgodnie stwierdzili, że muszę poznać ich młodszą siostrę. Molly miała prawie trzydzieści lat, lecz wcale nie czułam się onieśmielona jej towarzystwem. Była przemiłą kobietą, a do tego – o ironio – miała gromadkę małych szkrabów.

- To tylko część moich maluchów – oznajmiła mi, kiedy karmiłam Freda bądź George’a, słowo daję, te dzieciaki były identyczne! – Artur zabrał Billa i Percy’ego do dziadków.

- Zazdroszczę ci – rzekłam, wzdychając cicho. – Chciałabym mieć dziecko.

- Och, nie myśl, że dzieci to sama przyjemność. Kocham je bardziej niż własne życie, moja droga, ale dziecko to ogromny obowiązek. Droga do Zakonu Feniksa jest na przykład na dla mnie zamknięta.

- Zakon to też nic przyjemnego – powiedziałam cicho, przymykając na chwilę oczy.

- Wiem o tym i strasznie mnie to martwi. Gideon i Fabian są dorośli, ale tak się o nich boję. Wojna to najgorsze co może być.

- Masz rację, Molly – powiedziałam, wciąż wpatrując się tęsknie w chłopca przede mną.

Kobieta dostrzegła to i położyła delikatnie dłoń na moim ramieniu.

- Kiedy przyjdzie właściwy czas, doczekasz się swojego maleństwa.

- Wiem, wiem, to chyba taki instynkt macierzyński się we mnie obudził – rzekłam cicho.

Kobieta uśmiechnęła się do mnie ciepło, po czym, wbrew moich protestom, pociągnęła mnie do kuchni.

- Jesteś taka chuda, aż dziw, że to w ogóle możliwe.

- Nie jest tak źle – mruknęłam. – Mam wątłą budowę.

Do Molly jednak zdawało się to nie przemawiać i cóż, w kwestii jedzenia nie miałam nic do gadania. Ale jeśli być szczerym to miło jest mieć kogoś, kto się o ciebie zatroszczy.

- Musimy to kiedyś powtórzyć – rzekła kobieta, kiedy wieczorem stałam w drzwiach.

- Tak, muszę poznać resztę twoich maleństw – odparłam z uśmiechem.

- Następnym razem przyprowadź ze sobą Jamesa, chętnie go poznam.

- Do widzenia, Molly, pozdrów braci.

- Tak zrobię.

Ale nie pozdrowiła. Nigdy nie dostała takiej okazji. Gideon i Fabian zostali zamordowani tej samej nocy na jednej z misji Zakonu Feniksa. Na pogrzebie po raz ostatni w życiu widziałam Molly Weasley. Nie mogłam wiedzieć, jak wiele w przyszłości będzie zawdzięczać jej mój syn. Ale może dobrze, że nie wiedziałam? Może dobrze, że nie wiedziałam, iż utracę szansę wychowania ukochanego dziecka?

* * *

- O czym tak myślisz? – zapytał mnie James, odgarniając z moich oczu niesforny kosmyk włosów.

- O wszystkim i o niczym tak naprawdę – odparłam.

- To nie jest odpowiedź.

Westchnęłam.

- Myślę o Zakonie Feniksa, o tym jak bardzo się boję, kiedy wychodzimy na misję. Myślę o wojnie, o Dorcas i o rodzicach. Myślę o Molly Weasley, która straciła braci. O Marlenie MacKinnon i o tym co powinnam zrobić, żeby mi wybaczyła. Myślę o mojej przyjaciółce, Alicji, która leży nieprzytomna w szpitalu po swojej próbie samobójczej. Myślę o Syriuszu i Remusie, którzy coś przed nami ukrywają, o Peterze, który notorycznie gdzieś znika. Czy taka odpowiedź ci wystarczy?

- Jak to jest, Lil, że ten rudy łeb ci się jeszcze nie przegrzał? – zapytał chłopak, przytulając mnie  do siebie. Siedzieliśmy przy stole w jadalni Potter Manor, jedząc późną kolację, a ja miałam wrażenie, że zaraz zwariuję. Z mojego niedawnego spokoju zostało już jedynie wspomnienie.

- Nie mam zielonego pojęcia, ale jest ku temu na dobrej drodze.

- Może powinniśmy gdzieś wyjechać? – zaproponował.

- Daj spokój, mamy tu swoje obowiązki. Przyjaciół, Zakon…

- Nasi przyjaciele to nie są małe dzieci, Lil, dadzą sobie świetnie radę bez nas.

- Alicja…

- Alicja ma Franka i teraz to jego obowiązkiem jest doprowadzić Alicję do stanu używalności, jego i Uzdrowicieli.

- A Zakon?

- Tydzień z nami a tydzień bez nas, jaka to różnica?

- Dla Zakonu ogromna…

- Po co ja się pytam ciebie o zdanie. Odprowadzę cię do domu, spakuję walizki i tobie, i sobie, i już nas tu nie ma.

- James – westchnęłam. – Wiesz dobrze, że to nie takie proste.

- Nie, nie jest proste i w tym leży właśnie istota problemu, no nie? Widzę jak zmęczona jesteś, jak smutna chodzisz. Myślisz, że nie widać, jak schudłaś? Zaskoczę cię, widać to jak na dłoni. Nie przyznasz się do tego, ale potrzebujesz tych wakacji. Dobrze cię znam.

- Za dobrze – powiedziałam, kolejny raz wzdychając. – Wyjedziemy na wakacje, obiecuję, ale jeszcze nie teraz.

- A kiedy, Lil?

- Kiedy… kiedy sytuacja nieco się uspokoi.

- Kogo ty oszukujesz?! Mnie czy siebie?! Oboje wiemy, że to wszystko, że ta cała wojna nie skończy się z dnia na dzień. Jesteś albo bardzo głupia, albo bardzo naiwna!

Spojrzałam na niego z lekko zmarszczonymi brwiami. Nie chciałam doprowadzić do kolejnej kłótni. Wstałam z krzesła i opuściłam pomieszczenie, czując się tym gorzej, że James nie próbował mnie zatrzymać. Kochałam go, dlaczego więc ostatnio nie potrafiliśmy się dogadać? Jak to było, że każda nasza rozmowa przeradzała się w kłótnię? Do dziś tego nie wiem.

Szłam przed siebie szybko i ze złością, która aż ode mnie biła. Jak on śmiał nazwać mnie głupią?! Nie byłam głupia. Ani naiwna! Czy to takie złe, że nie chciałam opuścić przyjaciółki? Że martwiłam się, iż podczas naszej nieobecności dojdzie do nieszczęścia? Wojna nie jest czymś, od czego można wziąć sobie urlop i James powinien to zrozumieć. Co z tego, że chciał dobrze?! Znów nie liczył się z moim zdaniem!

Nagle coś poruszyło się w krzakach, a ja uświadomiłam sobie z całą mocą, że stoję po środku lasu. Mogłam po prostu się deportować, ale oczywiście musiałam zgrywać odważną. I po co mi to było? Rozejrzałam się dookoła, ale nic nie dostrzegłam – w końcu było ciemno i zbyt wiele nie widziałam. Sięgnęłam po różdżkę i zaklęłam szpetnie. Nie było jej, musiała gdzieś wypaść lub zostać u Jamesa. Cholera, cholera, cholera. Albo to mój umysł płatał mi figle, albo coś znów się poruszyło – tym razem dużo bliżej.

Znów się obróciłam i niemal natychmiast tego pożałowałam. Patrzyłam prosto w niebieskie, pełen chłodu oczy. Nagle poczułam się niezdolna do czegokolwiek.

- Anastazja? – zapytałam, choć wcale nie miałam takiego zamiaru.

Mimo mroku widziałam dokładnie jej twarz – zmieniła się, nabrała ostrości lecz wciąż pozostała piękna. Skórę miała bladą niczym śnieg, a usta czerwone jak krew i gdyby był tu James, pewnie byłabym piekielnie zazdrosna. Jej usta wygięły się w czymś na kształt uśmiechu. Nie miałam pojęcia, dlaczego tak bardzo chce mi się spać.

- Minęło sporo lat, prawda? Ale wciąż mnie pamiętasz. Nieźle… jak na śmiertelną.

- C-co…?

- Wiem, że mnie nienawidzisz i masz do tego pełne prawo, po tym co zrobiłam tobie i twojemu dziecku. Nie będę udawała, że jest mi przykro, bo już dawno wyzbyłam się tak bzdurnych uczuć. Ale pamiętam, co kiedyś dla mnie zrobiłaś Lily Evans. Czarny Pan chce twojej śmierci, więc potraktuj to jako miłosierdzie z mojej strony. Dług jest spłacony, Lily.

Nie miałam siły zapytać o jakim długu mówi, nie miałam siły zapytać o nic, bo senność ogarniała mnie z każdą chwilą coraz bardziej. Nagle przypomniało mi się, co Anastazja Davies potrafiła robić z ludźmi, lecz było już za późno. Za sprawą dziewczyny, która powinna być martwa, opadłam na ziemię, a nim do reszty dopadła mnie ciemność, usłyszałam ciche Obliviate. 

Rozdział 60 – Nie wierz pozorom

                                               Dla Niewinnej0607 – za to, że jest.

* * *

Wtuliłam twarz w jego koszulę i wciągnęłam nosem jego zapach. Cytryna, piżm i coś jeszcze, jakby… czekolada? Już prawie zapomniałam jak uwielbiam jego zapach, a przecież to on pierwszy tak mnie w nim zauroczył lata temu. Czułam jak gładzi delikatnie moje włosy i nagle ogarnął mnie jakiś dziwny żal. Niedawno znów je obcięłam, a przecież James tak uwielbiał moje długie włosy.

- Nie chcę go – powiedziałam, nie odrywając twarzy od zagłębienia jego szyi, przez wyszło to ciszej niż miało. – Nie chcę żadnego dowodu. Byłam głupia, przepraszam. Powinnam była ci uwierzyć, a zamiast tego… ja… Boże, tak bardzo cię przepraszam, James.

I wybuchnęłam płaczem. Chłopak zdawał się nie przejmować moimi słowami, po prostu stał, przyciskając mnie mocno do siebie. Uczepiłam się jego koszuli, jakby była moją ostatnią deską ratunku, jakbym się dusiła, a James był powietrzem.

- Naprawdę mi wierzysz? – zapytał po paru minutach, podczas których udało mi się nieco uspokoić.

- Nie wiem jak mogłam w ciebie zwątpić. Zrozumiem, jeśli nie chcesz mieć ze mną już nic do czynienia. Jestem najgorszą dziewczyną na świecie. Najpierw oskarżam cię o takie rzeczy, później cię okłamuje… Boże, zostaw mnie James, znajdź sobie dziewczynę, która będzie ciebie warta, nie taką kretynkę jak ja…

Przerwał mój wywód, wpijając się gwałtownie w moje wargi. Nagle zapomniałam, że jesteśmy w szpitalu pełnym ludzi, że pewnie innym chce się wymiotować na nasz widok. Zarzuciłam ramiona na jego szyję, objęłam go nogami w pasie i całowałam tak jak jeszcze nigdy – agresywnie, namiętnie i zachłannie. To tak jakbyśmy chcieli nacieszyć się sobą na zapas. Nie sądziłam, że tak bardzo mogę tęsknić za jego gorącymi ustami, że mogę tak tęsknić za nim całym. 

- Chyba trochę za późno, żeby rezygnowała z mojego dowodu. Zdaje się, że z Syriuszem udało nam się znaleźć sprawcę tego całego zamieszania.

- O czym ty mówisz? – zapytałam zdziwiona.

- Chyba nie myślałaś, że taśma sama się podrzuciła – odrzekł z gorzkim uśmiechem.

- I jesteś pewien, że złapałeś tego, kto to zrobił?

- Absolutnie i niezaprzeczalnie.

- A powiesz mi kto to? – zapytałam po kilku chwilach ciszy.

- Myślę, że najlepiej będzie, jeśli sama go zobaczysz.

- Masz rację, będę mogła osobiście wybić mu zęby…

- Nie ma tak dobrze, Lil, już się tym zająłem – powiedział z delikatnym uśmiechem. – Gotowa?

Skinęłam głową, a on delikatnie ujął moją dłoń. Sekundę później staliśmy przed ogromną posiadłością Potterów.

- To tu? – zapytałam z zaskoczeniem.

- Wiele jeszcze nie wiesz o Potter Manor, skarbie. Potterowie to stary ród, podobnie jak ten dom. Zdziwiłabyś się, jak ogromne lochy tutaj mamy. Jako dzieciak wiecznie się tam pakowałem. Pewnego razu nawet się zgubiłem. Ojciec był na mnie wściekły. Wrzeszczał na mnie przez bitą godzinę. Od tamtego czasu unikałem tych lochów jak ognia.

- Ciężko mi wyobrazić sobie twojego tatę krzyczącego – przyznałam. – Zawsze był taki spokojny.

- Wiem, to był jeden z niewielu razów, kiedy widziałem go tak złego. Ale wcale mu się nie dziwię, te lochy są naprawdę ogromne. Gdybym zawędrował nieco dalej, ojciec mógłby mnie nie znaleźć i wyobraź sobie, co by się stało.

- Mogłeś tam umrzeć – powiedziałam cicho, a on jedynie skinął sztywno głową. Westchnął, ponownie ujął moją dłoń i ruszyliśmy w stronę domu. Jak zawsze, nic się tu nie zmieniło. Dom był tak zachwycający i piękny, jak zwykle. Ogromny ogród zapierał dech w piersiach, podobnie jak kwiaty, które nigdy nie więdły. Doskonale pamiętam, jak ogromne wrażenie wywarło na mnie to wszystko, gdy latem przed siódmym rokiem, po raz pierwszy odwiedziłam to miejsce. Uśmiechnęłam się z nostalgią, przypominając sobie, jak całowaliśmy się z Jamesem na schodach i jak przyjęłam na nich jego prośbę o randkę. Aż ciężko mi uwierzyć, że było to tak dawno temu. Jakby to było wczoraj, pamiętam nasz szaleńczy bieg w deszczu, wieczorne wygłupy i tęskne spojrzenia Jamesa. Uścisnęłam mocniej jego dłoń, czując, że teraz wolałabym umrzeć niż ją puścić.

* * *

Lochy faktycznie były ogromne i pewnie gdyby nie Jamesa, zgubiłabym się już po pierwszym zakręcie. Drżałam z zimna, więc chłopak objął mnie ramieniem i pocierał delikatnie moje ramiona. Oparłam głowę o jego ramię z rosnącą wdzięcznością. W końcu doszliśmy na miejsce. Syriusz opierał się o ścianę ze znudzoną miną, a w jednej z małych cel z wąskimi kratami, leżał młody chłopak. Black wyszczerzył się na mój widok i pociągnął mnie do, miażdżącego kości, uścisku.

- Też się cieszę, że cię widzę, Syriusz – powiedziałam, ledwie mogąc oddychać. Chłopak puścił mnie i przejechał dłonią po włosach.

- Dawno się nie widzieliśmy, Evans – rzekł, znów się uśmiechając. – Co tam słychać w szerokim świecie? Widzę, że Rogacz kopytka ma całe, więc to i owo musiał ci wytłumaczyć.

- Black, czy ty nawet teraz musisz żartować? – zapytałam ze znużeniem.

- Nie znasz nas, Lil? – zapytał James. – Im większa dramaturgia sytuacji, tym więcej żartów naszej strony się doczekasz.

- No tak, prawie zapomniałam – mruknęłam. – Powiecie mi w końcu o co chodzi?

- Jasne – odparł Syriusz, strzelając gumą do żucia, na co posłałam mu miażdżące spojrzenie. – Tak więc, Aurorzy będę tu za jakieś pół godziny, bo nasz koleżka – Skinął głową w stronę nieprzytomnego chłopaka – jest Śmierciożercą jak się okazuje.

- Śmierciożercą? – zapytałam zszokowana.

- Tak, Evans, Śmierciożercą. Czaisz, to ci źli, którzy pracują dla…

- Wiem kim są Śmierciożercy, pajacu – warknęłam. – Ale nie rozumiem, dlaczego Śmierciożerca chciałby mojego nieszczęścia.

- Nie nieszczęścia, Lilka – odparł chłopak. – On chciał twojej śmierci, choć jego śmierciożerstwo niewiele ma z tym wspólnego.

- Nie rozumiem, przecież mówiliście, że on tylko podrzucił kasetę.

- Tak, skarbie, kasetę, a co zrobiła kaseta?

- Skłóciła mnie z Jamesem.

- Bingo! Każdy, kto choć trochę cię zna, Evans, wie, że póki jesteś z Rogasiem, to tak jakbyś miała prywatną firmę ochroniarską…

- HEJ! – krzyknęłam jednocześnie z Jamesem.

- Bez nerwów, drogie dzieci. Rogaś, odłóż patyka, bo sobie wydłubiesz oko i będziesz miał kuku.

Spojrzałam na Jamesa, który w ręce trzymał różdżkę i kącik moich ust drgnął delikatnie. James tylko spiorunował przyjaciela wzrokiem.

- Tak więc, jak mówiłem zanim mi przerwaliście – kontynuował Syriusz, rzucając nam oskarżycielskie spojrzenie – twoje zerwanie z jeleniem równało się z utratą ochrony. Nie zauważyłaś może, że z twoimi przyjaciółkami też dzieję się coś złego?

- Ja…

- No właśnie – odparł chłopak z triumfalnym uśmiechem, nie dając mi dokończyć, widać wyczytał wszystko z moich oczu. – Wiesz jaki to wszystko miało cel? – zapytał, przyjmując mroczy ton głosu.

- Przestań się wydurniać, Black! – warknęłam zirytowana. Chłopak spojrzał na mnie z niedowierzaniem w oczach, po czym teatralnie złapał się za serce. Westchnęłam z rezygnacją nad jego straconym mózgiem i odwróciłam się w stronę Jamesa.

- A ty mi powiesz? – zapytałam z pretensją w głosie. James, w przeciwieństwie do Łapy, był śmiertelnie poważny.

- Lil, ten chłopak chciał twojej śmierci.

- Tak, to już mówiłeś, ale…

- Nie tak do końca chciał cię zabić, nie chciał brudzić sobie rąk. To wszystko – nasza kłótnia, kłótnia z przyjaciółkami – to wszystko miało cię skłonić, żebyś sama zrobiła sobie krzywdę.

- Merlinie! – zawołałam, zasłaniając usta dłonią. – Mówisz o… o samobójstwie?

Chłopak pokręcił lekko głową, przyglądając mi się uważnie.

- Możliwe, ale raczej obstawiam, że chciał cię bardziej narazić.

- To znaczy?

- To znaczy, że miałaś wychodzić na coraz to bardziej niebezpieczne misje, miałaś stać się rozkojarzona i zła. Pomyśl, jak długo byś przetrzymała w takim stanie, gdyby nie przyjazd Anabell?

- Ja…

- Prędzej czy później nabawiłabyś się kłopotów zdrowotnych lub najzwyczajniej oberwała zaklęciem niewybaczalnym na którejś z misji.

- Ale… ale dlaczego?!

- Wydaje się, że zapomnieliśmy o jednym małym szczególe, Lil…

- Taaa… Tak małym, jak duma Rogacza – wtrącił Syriusz, bawiąc się leniwie różdżką.

Naprawdę wydawało mi się, że przez krótką chwilę James rozważa morderstwo.

- Tak jak już mówiłem – kontynuował Potter przez zaciśnięte zęby – zapomnieliśmy o czymś. Pamiętasz z pewnością całą sytuację, kiedy zostałem porwany i ktoś podszywał się pode mnie.

Wzdrygnęłam się delikatnie. Nie lubiłam wspominać tamtego okresu, który zaliczał się do najgorszego czasu w moim życiu. I nagle uderzyło we mnie z całą siłą, co James miał na myśli.

- Tamta kobieta… Merlinie, przecież ona miała syna – wyszeptałam.

- Widzę, że rozumiesz. Niedaleko pada jabłko od jabłoni, widać gnojek też jest Śmierciożercą.

- Ale… ale jak go złapaliście? – zapytałam, wciąż będąc w ogromnym szoku.

- To raczej nie było trudne, wciąż kręcił się koło twojego mieszkania. Obserwowaliśmy je z Łapą od jakiegoś czasu. Kiedy dziś wyszłaś do szpitala, chciał się włamać.

- Nie patrz tak, Lilka – zagadnął z uśmiechem Syriusz. – Już po wszystkim. Znowu możecie byś z Rogasiem szczęśliwą rodzinką i spłodzić mi stadko Potterków do zdeprawowania – rzekł z ogromnym wyszczerzem.

Odetchnęłam z ulgą. Syriusz miał rację. To już naprawdę był koniec.