Miesięczne archiwum: Sierpień 2015

Rozdział 53 – Kłamstwa

Rozdział możecie potraktować jako pierwszy z rozdziałów na wrzesień – mam problemy z komputerem, więc nie dałabym rady opublikować go później. No i tutaj muszę zahaczyć o te problemy z komputerem – nie wiem, kiedy dodam nowy rozdział, z racji, że nie mam go na czym napisać… No cóż, rozdział dedykuję Śliwci, która wybiła mi z głowy pewien bardzo głupi pomysł, dotyczący tego opowiadania. No i Niewinnej, która nie potrafi porządnie zawrzeć umowy :) To dla was dziewczyny :)

***

Następnego dnia wstałam z łóżka ledwo żywa. Moje ciało było rozpalone od gorączki, a gardło paliło żywym ogniem, kiedy przełykałam. Wysłałam list do szpitala, informując pracodawcę, że złapałam jakieś świństwo i nie dam rady przyjść do pracy. W duchu przysięgłam sobie, że więcej nie będę szlajać się w deszczu, zwłaszcza, kiedy jestem tak cienko ubrana. Kiedy wróciła moja sowa, którą niedawno kupiłam, naskrobałam szybki listo do Alicji, prosząc, by podrzuciła mi jakieś eliksiry lecznicze. Czekając aż na przyjaciółkę, przygotowałam sobie kubek gorącej herbaty z miodem. Zazwyczaj nie piję herbaty, nienawidzę jej smaku i zapachu, ale z moim podrażnionym gardłem nie dałabym rady wypić kawy, którą tak uwielbiam.

Było mi koszmarnie zimno, więc przyniosłam sobie kołdrę z sypialni i owinięta nią, sączyłam herbatę i przysłuchiwałam się spikerowi z radia.

- To już kolejne zaginięcie w tym miesiącu – ogłosił przygnębionym głosem. – Mówi się, że z dnia na dzień Czarny Pan zyskuję nowych zwolenników. Coraz częściej na przedramionach uczniów, znajduje się mroczne znaki.

Przymknęłam oczy, przypominając sobie moją dawną przyjaciółkę – Kate. Na jej przedramieniu również znalazłam mroczny znak. Wzdrygnęłam się – być może na nieprzyjemne wspomnienie, a może z zimna.

- Rodzice zaczynają bać się puszczać dzieci do Hogwartu, choć Albus Dumbledore, dyrektor szkoły magii i czarodziejstwa, zapewnia, że zamek jest całkowicie bezpieczny, a Ten, którego imienia nie wolno wymawiać, dostanie się tam, dopiero wtedy zginie on sam i cała kadra nauczycielska. Nie jest nowością, że to właśnie Dumbledore jest tym, którego boi się sami wiecie kto. Więc czy Hogwart jest bezpieczny.

Powieki zaczęły mi ciążyć, resztkami świadomości słuchałam radia. Część mnie, właściwie już spała. I kiedy już przekraczałam granicę krainy snów… Głośny dźwięk dzwonka sprawił, że podskoczyłam gwałtownie, a wciąż ciepła herbata wylała się na mnie.

- Cholera – zaklęłam, krzywiąc się na palące gorąco, które dotknęło mojego brzucha.

Zdjęłam bluzkę i rzuciłam ją w kąt. Założyłam zamiast tego bluzę, która leżała przewieszona prze oparcie fotela. Ruszyłam nieco chwiejnym krokiem w kierunku drzwi.

- Cześć Alicja – rzuciłam, widząc w drzwiach moją przyjaciółkę.

- Cześć, kochanie – uśmiechnęła się i uściskała mnie mocno.

Nie wyglądała najlepiej. Jej włosy, zwykle schludnie ułożone, były całe rozwiane, paznokcie, które zazwyczaj pokrywał niebieski lakier, teraz były niepomalowane. Z zaniepokojeniem dostrzegłam, że ona również bardzo schudła w ostatnim czasie. Pod jej oczami widniały delikatnie cienie.

- Torturują was na tym szkoleniu? – zapytałam, starając się nie zwracać uwagi na ból w gardle.

Dziewczyna uśmiechnęła się blado.

- Troszeczkę, ale to chyba nie jedyny powód mojego kiepskiego samopoczucia – odparła dziewczyna. – Wiesz, cieszę się, że do mnie napisałaś. Muszę ci coś powiedzieć.

- Czekaj, zrobię herbatę i wszystko mi opowiesz.

- Przecież Ty nie lubisz herbaty – odparła zaskoczona.

- Nawet mnie nie denerwuj, moje gardło nie toleruje niczego innego.

- To mi o czymś przypomniało. Weszłam do apteki na Pokątnej i okazało się, że wymiotło cały zapas eliksiru pieprzowego. To chyba jakaś epidemia. W każdym razie, wstąpiłam do mugolskiej apteki i chyba będzie ci musiało to wystarczyć.

- Dobre chociaż to – westchnęłam.  - Ile ci wiszę?

- Nie wydurniaj się.

- Mówię poważnie, Alicja, ile mam ci oddać. Nie jesteś moim sponsorem, głupio się czuję, kiedy ktoś mi coś stawia.

- Chyba musisz się przyzwyczaić, bo James do biednych ludzi nie należy.

- No co Ty? – zapytałam ironicznie, po czym znów westchnęłam. – Zaprosił mnie tydzień temu do diabelnie drogiej restauracji. To był prawdziwy koszmar. Nie dość, że czułam się zażenowana, bo to on stawiał, to jeszcze ci wszyscy ludzie patrzyli na mnie z taką wyniosłością… Brr. Czułam się jak ktoś z niziny nizin społecznych.

- Musisz się przyzwyczaić. Zobaczysz, za dziesięć lat, takie wypady będą dla ciebie czymś naturalnym.

- Jasne – mruknęłam, wstawiając wodę na tę piekielną herbatę.

- Musisz się przyzwyczaić kochanie, że James nie należy do biednych ludzi i nie zamierza się z tym kryć. Poza tym, to całkiem miłe, że traktuje cię jak taką księżniczkę.

- W tym problem, Alicjo, ja nie chcę być żadną księżniczką – nie jestem tego typu osobą. James spodziewa się, że będę siedzieć cicho w domu, kiedy on będzie walczył… Nie mówmy już o tym i tak czuję się już fatalnie, nie pogarszajmy tego. Jak się układa między tobą a Frankiem?

- To jest poniekąd sprawa, o której chciałam porozmawiać. Jestem w ciąży – oznajmiła na wydechu.

- Och… – Udało mi się wykrztusić. – To… to wspaniale, gratuluję.

- To jeszcze nie koniec – powiedziała z szerokim uśmiechem. – Zrobiłam badania w Mungu i jest osiemdziesiąt pięć procent szans, że to bliźniaki.

- To naprawdę cudowna nowina.

- Lily, nie gniewaj się, ale muszę odwiedzić rodziców i trochę się śpieszę.

- Jasne, nie ma sprawy.

- No to do zobaczenia.

- Tak, do zobaczenia.

Drzwi zatrzasnęły się za Alicją, a ja usiadłam z kolejnym kubkiem herbaty w ręce. To wszystko było takie dziwne – działo się zbyt szybko.

Westchnęłam i sięgnęłam do torby po lekarstwa. Ja to mam prawdziwe szczęście – akurat, kiedy się rozłożyłam, musiało wymieść cały eliksir pieprzowy. Mogłabym bez problemu przygotować go sama, ale nie miałam odpowiednich składników. Czułam się tak okropnie, że najchętniej przyłożyłabym sobie różdżkę do skroni i walnęła się niewybaczalnym. Wtedy znów zadzwonił dzwonek. Klnąc w myślach, z racji, że znów oblałam, ruszyłam w stronę drzwi.

- Czego zap… – urwałam, bowiem nikogo nie było za drzwiami.

Rozejrzałam się zdezorientowana i wtedy moją uwagę przykuło coś leżącego na wycieraczce. Zmarszczyłam brwi i podniosłam owe coś z ziemi. To była kaseta. Zwykła, mugolska kaseta, jednak z boku widniał napis – Obejrzyj – Może nie być taki, za jakiego go uważasz.

- Co jest? – zapytałam samą siebie i rozejrzałam się ponownie. Nic, korytarz był pusty.

Z kasetą w ręce wróciłam do mieszkania. Odłożyłam ją na stół i poszłam wziąć prysznic, z racji, że cała kleiłam się od tego diabelskiego płynu (czytaj: herbata).

Przebrana, pachnąca i wciąż obolała, wpakowałam się do łózka, zapominając o tajemniczej kasecie, ale spokojnie, przypomnę sobie o niej jutro, a po obejrzeniu jej, moje życie na nowo zmieni się w koszmar.

***

Jak zapewne wiecie, nic nie trwa wiecznie, nawet choroba – a przynajmniej przeziębienie – i następnego dnia, moje samopoczucie znacznie się poprawiło. Może i nie mogłam jeszcze drzeć się w niebo głosy, bo przypłaciłabym to bólem gardła, ale i tak czułam się znacznie lepiej. Wcale nie miało z tym nic wspólnego, że to właśnie tego dnia James wracał z misji i miał mnie odwiedzić. Uśmiechnęłam się na myśl o towarzystwie Łosia i zaparzyłam sobie kawę, która miała jeszcze bardziej pogorszyć stan mojego gardła.

- I tak już zdycham – mruknęłam, zalewając kawę gorącą wodą.

Do południa czytałam książkę – mugolską literaturę z początków dwudziestego wieku. W końcu przegrałam walkę z własnym żołądkiem i z westchnięciem powłóczyłam się do kuchni. Czy wspominałam już, że Evans nie powinno się wpuszczać do kuchni? Moja mama była znakomitą kucharką, ale mówiąc delikatnie – nie odziedziczyłam po niej talentu. Potrafiłam zepsuć najprostszy przepis, a magia niewiele tu pomagała. Z satysfakcją jednak stwierdzałam, że potrafię zrobić sobie kanapkę, bez całkowitego zniszczenia mojego domu.

Weszłam z talerzem i szklanką w rękach, do salonu po czym zakopałam się w fotelu, pod ciepłym kocem. Wtedy mój wzrok padł na kasetę. Wstałam powoli i chwytając z półki pilota, włączyłam telewizor, odpaliłam urządzenie do odtwarzania kaset (Wyleciała mi z głowy nazwa tego urządzenia, jeśli jakaś dobra dusza zechce wspomnieć w komentarzy jego nazwę, to będę wniebowzięta – dop. autorki) i wsadziłam ją do środka. No bo jeszcze nie mogłam wiedzieć, jakie piekło rozegra się po jej obejrzeniu :)

 

 

Rozdział 52 – Siostrzyczka

Kochani, z wielkim uśmiechem na twarzy oznajmiam wam, że udało mi się napisać ten rozdział. Mam niezwykle dobry humor, gdyż wszystko zaczęło mi się układać :) Tak więc życzcie mi, żeby taki stan rzeczy się utrzymał :) Nie męczę was już, czytajcie :D

Rozdział dedykuję Lavender Potter :) Za to, że jeszcze mnie nie zabiłaś :)

***

Czas powoli płynie i mimo wszystko, trzeba żyć dalej. Z każdym dniem coraz mniej się rozmawiało, coraz więcej się walczyło, coraz mniej się pamiętało. Były chwile, w których mój uśmiech zamieniał się w rozpaczliwy szloch. W jednej sekundzie potrafiłam śmiać się z dziecinnych przepychanek Jamesa i Syriusza, a w drugiej wybuchnąć płaczem, bo zdaje sobie sprawę, że moja najlepsza przyjaciółka już nie może tego widzieć.

Nie miałam najmniejszej ochoty iść na ślub Petunii po ostatniej awanturze, którą mi urządziła, ale z grzeczności odpowiedziałam na zaproszenie, że przyjdę razem z osobą towarzyszącą. Oczywiście ślub nie miał odbyć się tak od razu, Petunia w przeciwieństwie do mnie, nie miała w sobie ani grama spontaniczności, ona musiała mieć wszystko dokładnie zaplanowane. Tak więc ślub i wesele miały odbyć się dopiero za miesiąc.

Tej nocy, spałam u Jamesa. Zjedliśmy razem kolację i każde z nas wymieniło się wrażeniami z dnia. James razem z Syriuszem byli na odczytaniu testamentu wuja, Łapy, który zostawił swojemu bratankowi sporą sumę pieniędzy. To miłe z jego strony, zwłaszcza, że na pomoc ze strony rodziny, Syriusz raczej nie ma co liczyć. Dowiedziałam się również, że spotkali tam Regulusa, a James, choć niechętnie, podziękował mu za uratowanie mnie. Co dziwne, Regulus stwierdził, że nie ma pojęcia o czym James mówi, po czym odszedł ze swoją zwyczajową wyniosłością.

- Syriusz twierdzi, że nie mógł tak po prostu przyznać się do uratowania szlamy – wypluł z obrzydzeniem ostatnie słowo – w obecności rodziny.

Kiwnęłam ze zrozumieniem głową. Niechętnie dłubałam widelcem w jedzeniu. Ostatnimi czasy nie miałam apetytu, co spowodowało u mnie znaczny spadek wagi. Bardzo martwiło to Jamesa, który swoją drogą zaczął się zachowywać strasznie nad opiekuńczo. To było nieco niepokojące…

***

Do każdego czasem przychodzi taka noc, pełna rozmyślań, kiedy to sen za cholerę nie chce przyjść. Przewracałam się z boku na bok, uklepywałam pięścią poduszkę, ale nic to nie dawało. W końcu pokonana, wstałam z łóżka. Zapaliłam światło w salonie i z westchnięciem usiadłam na kanapie. Kilka minut bezmyślnie gapiłam się w sufit, kiedy nagle moje spojrzenie przykuł album, leżący za szkłem jednej z szafek. Biłam się z myślami przez kilka długich sekund. Wspominanie nie było tym na co miałam ochotę – ostatnie wydarzenia bardzo dosadnie uświadomiły mnie, że wspomnienia przynoszą ból.

Niestety, znów przegrałam z samą sobą i już po chwili na moich kolanach spoczywał oprawiony w skórę, album, który kilka lat temu dostałam od Jamesa. Drżącą dłonią otworzyłam go na pierwszej stronie. Mały dopisek od Jamesa, nasze wspólne zdjęcie. Kolejna strona – Huncwoci w pełnym składzie coś broją. Następne zdjęcie… Coś ścisnęło mnie za serce i odruchowo przygryzłam wargę. To było zdjęcie, które zrobiła nam, mi i Dorcas, pewna miła Krukonka, zaraz po ceremonii przydziału. Wtedy latałam wszędzie z aparatem, chcąc uwiecznić na kliszy cały magiczny świat, który była dla mnie ogromną nowością. To zdjęcie niosło za sobą cudowne wspomnienie, wtedy pierwszy raz spotkałam Dorcas…

Retrospekcja

- Meadowes Dorcas

Chwila ciszy nastała na sali, kiedy mała, nieco zbyt niska na swój wiek dziewczynka, założyła na głowę tiarę przydziału. Patrzyłam na to ze średnim zainteresowaniem, już za chwilę miał zostać przydzielony Severus…

- GRYFFINDOR! – ryknęła tiara.

Westchnęłam i zrobiłam miejsce dziewczynie, która zmierzała w moją stronę. Na powrót wbiłam spojrzenie w Severusa, który spojrzał na mnie ze smutkiem. No tak, miał nadzieję, że zostanę przydzielona do Slytherinu…

- Jestem Dorcas Meadowes – Niska dziewczyna podała mi rękę. Dla świętego spokoju uśmiechnęłam się i odwzajemniłam uścisk.

- Lily Evans.

- Wiem, McGonagall wyczytała twoje imię, trudno nie zapamiętać tej rudej czupryny.

Spojrzałam na nią oburzona i już miałam jej odpowiedzieć, kiedy ona znów się odezwała:

- Ej, spokojnie, bo się zapowietrzysz. Dziewczyno, nie bądź taka ponadto, bo za Chiny nie znajdziesz przyjaciół.

- Mam przyj…

- No to twoja lista dzisiaj się powiększy, panno Mam Przyjaciół.

Prychnęłam i unosząc dumnie głowę, odwróciłam się w drugą stronę.

- Wiesz, ja łatwo nie odpuszczam. Zawsze dostaję to, czego chcę, a chcę, żebyś była moją przyjaciółką.

- Niby dlaczego?

- Bo widać, że masz charakterek, nie dasz sobie ubliżyć, jesteś uparta, a takie osoby się ceni. To jak, sztama?

Wyciągnęła do mnie dłoń, a jej oczy błyszczały, jakby od tego czy ją uścisnę, zależało coś wielkiego. Zmierzyłam ją badawczym spojrzeniem, po czym uśmiechnęłam się szeroko i uścisnęłam jej rękę.

- Sztama – oznajmiłam, szczerząc zęby.

Koniec retrospekcji

Wierzchem dłoni otarłam łzę, płynącą powoli po moim policzku. Ze zdjęcia szczerzyła się do mnie wesoło młodsza, żywa wersja mojej najlepszej przyjaciółki. Nie miałam żadnych wątpliwości, że odejście Dorcas niezaprzeczalnie mnie zmieniło. Jej śmierć zamieniła moje serce w krwawiącą ranę, w jeden chwili sprawiła, że zniknęło wszystko to, co budowałyśmy przez lata. Zniknęła jedyna osoba, która rozumiała mnie jak nikt na tym świecie, osoba, przy której liczyły się nie słowa, a gesty. Dorcas Meadowes – chyba nikt nie znał tak wielu szczegółów z mojego życia.

Przewróciłam kartkę i moim oczom ukazało się zdjęcie, gdzie James i Syriusz niosą mnie i Anastazję do jeziora, gdzie niemal się nie utopiłam. Widać Lunatyk, lub Glizdogon zrobił nam wtedy zdjęcie. Wzdrygnęłam się delikatnie, kiedy Anastazja spojrzała w moją stronę. Jej oczy były tak upiornie puste, jakby zdjęcie było świadome, że właścicielka tych oczu odeszła bezpowrotnie. Jak przez mgłę pamiętam zielone światło, które dosięgnęło dziewczynę na moich oczach. Pamiętam jej krzyk i życie w niej gasnące. To było… Merlinie, to było straszne.

Czy tego chciałam, czy też nie; rozkleiłam się już kompletnie. Szlochałam, przytulając mocno do piersi album, w którym kryło się moje życie. A przynajmniej jakaś jego część. W końcu zmęczona płaczem, wstałam i ruszyłam na chwiejnych nogach do kuchni, wciąż pociągając nosem. Drżącymi dłońmi, przygotowałam sobie gorącą czekoladę i usiadłam z nią do stołu. Siedząc przy kuchennym stole, czekałam na wschód słońca, który oznajmił, że czas iść do pracy.

W szpitalu świętego Munga, jak zawsze panował koszmarny harmider i jak zawsze naszła mnie ochota, żeby rzucić w cholerę pracę, która nie przynosi mi ani grama satysfakcji czy przyjemności. Ale i tym razem tego nie zrobiłam – sama nie wiem dlaczego.

Ten dzień wlókł mi się w nieskończoność, a nieprzespana noc bardzo wdawała mi się we znaki. Kiedy wieczorem wróciłam do domu, padłam na łóżko jak kłoda, nie mając nawet siły iść pod prysznic, co robiłam zawsze po powrocie z pracy. Zasnęłam niemal natychmiast.

Burza szalała dookoła a pioruny, wciąż gdzieś uderzające, nie robiły wrażenia na żadnym z ludzi stojących na ciemnej, leśnej polanie. Ich przywódca, człowiek o szkarłatnych oczach, wbił swoje spojrzenie w dziewczynę, która klęczała przed nim.

- Więc jesteś w końcu gotowa, by dołączyć do mnie? – zapytał chłodno człowiek.

- Jestem gotowa na to i na znacznie więcej, panie mój – powiedziała, schylając pokornie głowę.

- Bardzo dobrze, moja droga, bardzo dobrze… Z twoimi umiejętnościami doprowadzimy starego głupca do zguby…

- Co tylko sobie zażyczysz, panie mój.

Nagle kaptur czarnej szaty, zsunął się z głowy dziewczyny, ukazując przerażająco puste, błękitne oczy.

Obudziłam się dysząc ciężko, cała zlana potem. Resztki mojego zdrowego rozsądku zarejestrowały, że budzik stojący na szafce nocnej, dzwoni głośno. Wyłączyłam go, wciąż cała roztrzęsiona. Te oczy, które dopiero co zobaczyłam…

Wygramoliłam się niezdarnie z łóżka i weszłam do łazienki. W kilka sekund zdjęłam z siebie ubranie i wskoczyłam pod lodowatą wodę, lecącą spod prysznica. Gęsia skórka natychmiast pokryła moją skórę, a ciałem targnęły dreszcze, ale zamiast zwrócić na to uwagę, uparcie powtarzałam sobie, że to wszystko było jedynie głupim snem. No bo przecież to niemożliwe, żeby dziewczyna, którą pochowaliśmy lata temu, żyła, a już z pewnością nie mogłaby dołączyć do Voldemorta, który jest odpowiedzialny za śmierć jej przyjaciółki. 

Zakręciłam wodę i wyszłam spod prysznica, besztając moją wybujałą wyobraźnie. Nie powinnam była oglądać tych zdjęć, teraz nie tylko wspomnienie Dorcas, ale też zmarłej Anastazji, będzie mnie prześladować. Zdecydowanie, zbyt wiele śmierci w życiu widziałam – to nie było nic przyjemnego. Ubrałam się powoli, dokładnie rozczesałam włosy i już miałam wychodzić, kiedy zdałam sobie sprawę, że przecież tego dnia mam wolne. Z westchnięciem – sama nie wiem, czy spowodowanym ulgą, czy też czymś innym – opadłam na kanapę. W normalnych okolicznościach, cieszyłabym się, że mam wolne, to oznaczałoby możliwość spotkania się z Jamesem lub przyjaciółkami, ale nie tym razem. James, Remus i Peter byli na misji Zakonu, Alicja miała szkolenie, a Anabell znów wyjechała do Afryki, nieść pomoc biednym dzieciom. To było okropne – ta świadomość, że wszystko co do tej pory znałeś, zaczyna się zmieniać w tak okrutny sposób, a Ty… Ty nic nie możesz na to poradzić, nie możesz cofnąć ani zatrzymać czasu, w razie błędu nie dostaniesz drugiej szansy. Poświęcasz wszystko, a i tak nie masz żadnej gwarancji czy przeżyjesz, czy będzie dobrze, czy twoi bliscy wyjdą z tego cało.

Podniosłam się z kanapy, z silnym postanowieniem, że nie zmarnuję tego dnia, że nie będę się więcej nad sobą użalać. O ironio, zajęcia nie musiałam szukać daleko. Dokładnie trzy piętra nade mną, mieszkanie wynajmowała Marlena. Tak więc spędziłyśmy miłe popołudnie przy kawie, bezczelnie obgadując moją siostrę, oraz brata Marleny. Tak, wiem, jestem wredna – ale taki jest już mój urok. No nie paczcie tak, Petunia sama się prosi, żeby ją obgadywać. Chyba po latach przykrości, których doznawałam z jej strony, zapał, z którym próbowałam naprawić kontakt z siostrą w końcu się wypalił.

Wróciłam do domu, kiedy zaczynało robić się ciemno, ale kiedy tylko przekroczyłam próg mieszkania, dotarła do mnie świadomość, że nie dam rady spędzić sama tego wieczoru. Weszłam więc jedynie po kurtkę i teleportowałam się cmentarz, gdzie leżeli moi rodzice; lepsze towarzystwo zmarłych, niż żadne. Przechadzałam się powoli alejkami, szukając tego konkretnego grobu. Było zimno, wiatr chłostał moje zarumienione z mrozu policzki. Chuchnęłam na ręce, pocierając je gorączkowo i żałują, że nie zabrałam rękawiczek.

W końcu znalazłam grób, którego szukałam. Problem w tym, że ktoś już przy nim stał.

- Cześć siostrzyczko – rzuciłam niedbale, obserwując jak przerażona Petunia odwraca się moją stronę.

- Ty! – syknęła.

- Ja – odparłam z uśmiechem pełnym politowania. – Może mnie przedstawisz? – dodałam, patrząc na otyłego chłopaka, stojącego obok mojej siostry.

Mogłam mieć tylko nadzieję, że chłopak ma charakter nieco lepszy od wyglądu, bo z taką twarzą… Nie, dobra, nie będę niemiła. W każdym razie, mówiąc uprzejmie, jego wygląd pozostawiał wiele do życzenia. I ten brzuch, który sobie wyhodował… W myślach przysięgłam sobie, że kiedy już zamieszkam z Jamesem, na wszelki wypadek założę kłódkę na lodówkę… Albo może nawet dwie…

- Kochanie, to jest moja… siostra – wypluła ostatnie słowo z wyraźną niechęcią. – Lily, to jest Vernon, mój narzeczony, a już niedługo mąż.

- Miło cię poznać – uśmiechnęłam się bardziej z grzeczności i wyciągnęłam rękę w jego stronę.

Chłopak zignorował ten gest i wymamrotał coś pod nosem, co zapewne miało znaczyć „Ciebie też”. Nastała niezręczna cisza i jedyne o czym marzyłam, to powrót do domu.

- Wybaczcie, śpieszę się na autobus – wymyśliłam na poczekaniu.

Petunia skinęła sztywno głową, choć doskonale wiedziała, że nie podróżuję autobusami.

Westchnęłam i odeszłam szybkim krokiem. Niespodziewanie, z hukiem uderzył gdzieś piorun a nieba zupełnie nagle lunął deszcz, westchnęłam ze złością i przyśpieszyłam kroku. A dzień zapowiadał się tak miło…