Miesięczne archiwum: Maj 2015

Rozdział 41 — Martwe spojrzenie

Czułam czyjąś dłoń na swoim czole i ciepły oddech, owiewający moją twarz. Chwilę później oba odczucia zniknęły. Powoli zaczęłam zdawać sobie sprawę z tego co się stało. Przez chwilę zastanawiałam się, gdzie jestem i w końcu postanowiłam wybrać się na bój z moimi ociężałymi niczym ołów, powiekami. Na początku mój wzrok był rozmyty i nie wiele mogłam zobaczyć. Ponad to, pomieszczenie było przesycone jasnym światłem, a to również nie pomagało.

Zamiast koncentrować się na wzroku, który jak na razie nie był mi posłuszny, postanowiłam spróbować skupić się na innych zmysłach. Wciągnęłam powietrze nosem i poczułam tak dobrze znany mi zapach Skrzydła Szpitalnego. W myślach zaklęłam szpetnie. Poważnie, miałam już zdecydowanie dosyć tego miejsca.

Znów wpakowałaś się, panno Evans.

Usłyszałam obok siebie zrezygnowany głos pani Adams

Do prawdy, dziewczyny w twoim wieku zdecydowanie powinny zająć się nauką. Nie lataniem za Śmierciożercami i im podobnym kreaturą.

Skoncentrowałam swój z lekka otępiały wzrok, na jej starszej, przyoranej zmarszczkami, twarzy. Kobieta miała już swoje lata i jakoś właśnie zdałam sobie z tego sprawę. Patrzyła na mnie surowo, jednak w głębi jej oczu ukryta była troska.

Do mojej głowy niespodziewanie zawitał obraz pewnego brązowookiego bruneta. Czułam, że natychmiast muszę się dowiedzieć gdzie jest James. Panika zaczęła rozchodzić się po moich żyłach niczym jad węża. Musiała się pojawić też w moich oczach, bo pielęgniarka położyła dłoń na moim ramieniu, nie tyle w pokrzepiającym geście, co po to, by powstrzymać mnie przed zerwaniem się z łóżka.

Spokojnie, panno Evans, jesteś jeszcze zbyt słaba na eskapady po szkole — przemówiła uspokajającym tonem.

Spojrzałam na nią zła. Ona nic nie rozumiała. Musiałam się dowiedzieć, co z Jamesem. Spróbowałam się wyrwać, jednak jej uścisk na moim ramieniu był zbyt silny. Posłałam jej zrezygnowane spojrzenie. Kąciki ust kobiety drgnęły nieznacznie.

Szybko cię stąd nie wypuszczę, moja droga. Jeśli nie będziesz wariować. Obawiam się jednak, że dyrektor będzie chciał z tobą porozmawiać.

Skinęłam potulnie głową, nie chcąc narażać się na kolejne nieprzychylne spojrzenia pani Adams.

Co z Jamesem? — zapytałam, kiedy kobieta już odchodziła.

Pytanie wydawało mi się bardzo ważne, jednak przypłaciłam je okropnym bólem w moim odwodnionym gardle.

Myślę, że to nie moim zadaniem jest rozmawiać z tobą o tym. Najlepiej będzie jeśli zawołam dyrektora — powiedziała kierując się w stronę wyjścia.

Drzwi zatrzasnęły się za nią i jeszcze przez chwilę po sali roznosiło się echo, po czym zaległa nieprzyjemna cisza. Wszystko wewnątrz mnie wyło z niepokoju. Wbrew zaleceniom pielęgniarki wstałam z łóżka i podeszłam do stolika, na którym stał dzbanek z wodą oraz szklanka.

Mój spragniony organizm z dużym optymizmem przyjął życiodajny płyn. Nawet nie miałam pojęcia, że tak bardzo chciało mi się pić. Czekając na dyrektora, chodziłam niespokojnie w tą i z powrotem. Pięć kroków w jedną stronę, obrót na pięcie i pięć kroków w drugą stronę.

W duchu zastanawiałam się, co takiego mogło się wydarzyć po tym, jak straciłam przytomność. Przecież wszystko miało być dobrze, rany Jamesa, owszem wydawały się rozległe, jednak z pewnością nie były śmiertelne. Więc gdzie w takim razie jest mój ukochany? Powinien być tu ze mną. Jednak Skrzydło Szpitalne definitywnie było puste jeśli nie liczyć mnie rzecz jasna.

Po kilku minutach niecierpliwego czekania, zostałam nagrodzona. Drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Do środka wkroczył stary dyrektor.

Zawsze podziwiałam Dumbledore’a. Na co dzień jest zwyczajnym staruszkiem z wesołym błyskiem w oczach i paczką cytrynowych dropsów w kieszeni. A jednak jego dobrotliwa postawa nie zmienia faktu, że moc, która od niego bije, napiera na każdą komórkę ciała i uświadamia, że z tym człowiekiem lepiej nie zadzierać. Doskonale rozumiem, dlaczego Voldemort boi się Dumbledore’a. Możemy spokojnie powiedzieć, że jeśli Dumbledore, postanowiłby przejąć władzę w magicznym świecie, tak jak robi to Voldemort, to nasze szanse na wygraną… No cóż, właściwie można powiedzieć, że nie byłoby ich wcale.

Dzień dobry, dyrektorze — powiedziałam cicho, zważając na to iż moje gardło wciąż bolało.

Dzień dobry, Lily — odpowiedział uśmiechając się lekko, jednak zmartwiona nie dostrzegłam w jego oczach zwykłej radości. — Zakładam, że chciałabyś dowiedzieć się co z Jamesem. Obiecuję, że wszystko ci powiem, jednak chciałbym byś najpierw powiedziała mi, co właściwie się stało. Znaleźliśmy was w Hogsmeade. Ty byłaś nieprzytomna, a twoje ręce w ranach. Pan Potter natomiast był cały we krwi. Co więcej, dzień wcześniej, znaleźliśmy skonfundowanego pana Blacka, który nie miał najmniejszego pojęcia co stało. Stał pod gabinetem profesor McGonagall i mówił coś pod nosem. Doprowadzenie go do porządku, zajęło pani Adams ładnych parę godzin. Wtedy też przyjaciółki zgłosiły twoje zniknięcie. Pan Black nie był w stanie nam pomóc. Pamiętał jedynie, że rozmawiał z tobą a później, zacytuję „urwał mu się film”, cokolwiek to znaczy.

Pod koniec wypowiedzi staruszek zachichotał cicho, natomiast ja obrzuciłam spojrzeniem moje ręce. Zdziwiona, że wcześniej nie zauważyłam tkwiących na nich bandaży, zwróciłam się do dyrektora:

Ta sprawa jest dosyć skomplikowana. — Przygryzłam lekko wargę, spoglądając niepewnie.

Sądzę, że mamy czas — powiedział spokojnie.

Nie wiem od czego zacząć…

Najlepiej od początku, moja droga.

Więc zaczęłam od początku. Czyli od feralnego zajścia w Hogsmeade. Kilka razy musiałam przerywać, by się uspokoić, a kilka razy musiałam otrzeć niechciane łzy. Zwłaszcza kiedy doszłam do raniącego zachowania Jamesa po ślubie, który teraz wydawał mi się kompletną głupotą i tego, że przecież powinnam zauważyć coś wcześniej. Mężczyzna wykazał się rzadko spotykanym taktem. Wiedział, co kiedy wtrącić. Nie nalegał kiedy musiałam przerwać ani nie poganiał, kiedy zaczynałam płakać i przestawałam mówić. Kiedy skończyłam swoją opowieść w sali zaległa głucha cisza. Ostatni raz przetarłam załzawione oczy.

Więc, gdzie jest James? — odezwałam się, kiedy już byłam pewna, że mój głos nie zadrży.

Cóż, fizyczne obrażenia pana Pottera, owszem były rozległe, jednak nie zagrażały jego życiu — powiedział nagle zamyślony.

Więc gdzie on jest? — zapytałam zniecierpliwiona.

Lily, mówimy o jego fizycznych obrażeniach. Kiedy pani Adams wykonała swoją pracę i wybudziła pana Pottera, ten nie dawał żadnych oznak życia. Nie zrozum mnie źle, moja droga, jego serce bije a wszystkie narządy pracują tak jak powinny. I tu właśnie pojawia się problem.

Nie rozumiem.

Bo widzisz, Lily, nie wiemy co James przeszedł podczas swojego zniknięcia, nie wiemy, co mu zrobiono.

Co…

Od kiedy James się obudził, nie dał żadnej oznaki, że rozumie co się wokół niego dzieje. On po prostu leży. Jego spojrzenie jest zaszklone, jakby martwe. Jakby coś go od nas oddzielało.

Ale… ale to minie prawda? Przecież on nie może zostać w tym stanie na zawsze!

Takie sytuacje już często były spotykane, Lily i myślę, że jedyne, co możemy zrobić, to zdać się legilimentów. Ale nawet oni czasem zawodzą, musisz być na to przygotowana.

Nagle poczułam, że pomieszczenie, w którym się znajduję jest stanowczo za małe. Dusiłam się, potrzebowałam świeżego powietrza. Nie mogłam dłużej zostać w Skrzydle Szpitalnym, którego zapach przyprawiał mnie o mdłości. Zerwałam się z krzesła, na którym usiadłam kilka minut temu i wybiegłam z pomieszczenia, trzaskając za sobą drzwiami. Kiedy łzy zaczęły płynąć po moich policzkach? Kiedy przyśpieszony oddech przerodził się w rozpaczliwy szloch? Kiedy znalazłam się w głębi Zakazanego Lasu? Nie wiem…

 

Rozdział 40 — Nie wszystko dobre, co się dobrze kończy

Czarna para przesycona mdlącym zapachem róż, buchnęła z kotła. Cofnęłam się kilka kroków do tyłu, jednak na nic się to zdało. Mgła otoczyła mnie, wdzierała się do płuc. Niespodziewanie przeszywający ból zaatakował moje serce, mrożący krew w żyłach krzyk, rozległ się w moich uszach i dopiero po sekundzie zrozumiałam, że pochodzi on z mojego gardła.

Upadłam na kolana. Czułam się, jakby coś rozrywało mnie na części, ból jakiego jeszcze w życiu nie doznałam. Przepalał każdą część mnie. Niespodziewanie poczułam dziwną obecność w swoim umyśle. Wiedziałam, że nie oznacza to nic dobrego. Jej natarczywość przyprawiała mnie o mdłości i ból głowy.

Im bardziej próbowałam z nią walczyć, tym mocniej napierała.

Nie zdawałam sobie sprawy, że leżę na ziemi, wijąc się z bólu. Nie zdawałam sobie sprawy, że moje oczy błyszczały szkarłatem. Jedynym, co się teraz liczyło były obrzydliwe macki ciemności, próbujące dosięgnąć moich wspomnień, mojej osobowości.

I jedyną rzeczą, której wtedy pragnęłam, był koniec. Chciałam, by to wszystko się już skończyło. By zniknął ten okropny ból. Nawet jeśli oznaczałoby to śmierć. Byłam gotowa się poddać. Wtedy mój pierścionek, który dostałam w Blood Manor zaczął robić się ciepły i przypomniała mi się Dorcas… Dorcas, która nigdy się nie poddaje.

Syriusz, dla którego przyjaciele są wszystkim.

Remus, który mimo swojego wilka jest kimś cudownym.

Anabell, której uśmiech rozświetla każdy deszczowy dzień.

Alicja, której blond włosy przywodzą na myśl słońce.

Peter, który mimo swojej nijakości pozostaje wierny swoim ideałom.

I James. James, który mimo tylu lat odrzuceń nie odpuścił.

Ta myśl uderzyła we mnie jak grom z jasnego nieba. James mnie kocha. Wcale nie chodziło mu o zakład. O bogowie! James Potter naprawdę mnie kocha!

Ból przestał mieć znaczenie. Bo James mnie kocha. Jedyny ból jakiego się mogę bać, to ból odrzucenia. Ale James mnie kocha. Podnoszę się na kolna, a zaraz potem na drżące nogi. Śmieję się. Śmieję się jak opętana, a ciemność znika ze mnie. Bo czym jest ciemność kiedy mój James mnie kocha? Ona jest niczym w starciu z naszą miłością.

Z kotła wydobywają się nowe kłęby pary. Coś poszło nie tak. Czarna masa wypełza z kotła i pełznie do zdezorientowanej kobiety. Otacza ją. Kiedy tylko dotyka jej skóry, kobieta wrzeszczy w agonii. Patrzę na to przerażona.

Miejsca, których dotknęła ciemność zajmują się czarnym ogniem. Kara za łamanie praw natury. Nieświadomie kieruje się w kierunku wyjścia. Szarpnęłam klamkę drzwi i w popłochu uciekłam z pomieszczenia. Wciąż byłam cała obolała jednak nie przejmowałam się tym. Jedyne, co teraz miało znaczenie, to znalezienie Jamesa.

Najpierw skręcam w lewo, później jakiś czas idę prosto. Przypomina mi to labirynt korytarzy z Blood Manor i nieświadomie dotykam pierścionka, który dostałam od mieszkającej tam zjawy. Coś mi mówi, że gdyby nie on, kiepsko wyglądałaby moja przyszłość.

Westchnęłam cicho i nieco zwalniając szłam dalej. Byłam naprawdę wyczerpana, ale wiedziałam też, że to jeszcze nie koniec i nie mogę sobie pozwolić na utracenie czujności. Właściwie to bez mojej różdżki niewiele mogę ale… Cóż, liczy się sam fakt.

Idąc dalej rozmyślałam, jak to będzie kiedy wrócimy do szkoły. Przez ostatnie dni James (a raczej osoba się pod niego podszywająca) tak bardzo mnie ranił. Przerażał mnie fakt, że nie wiedziałam czy będę potrafiła mu to wybaczyć, nawet jeśli to nie on to mówił. Ale przecież moje uczucia nie mogły ulec zmianie. Owszem, wydarzenia, które niósł ze sobą ostatni czas, potwornie mnie zraniły, ale wciąż kochałam Jamesa.

Może to obawa, czy on wciąż kocha mnie, tak niepokoiła moje serce?

W końcu doszłam do pomieszczenia, gdzie ostatni raz widziałam Jamesa. Z szybciej bijącym sercem otworzyłam drzwi. Mój ukochany wciąż leżał na ziemi. Nieruchomy, blady. Jego koszula była przesiąknięta krwią. Jedynym znakiem, że wciąż żyje była słabo unosząca się klatka piersiowa.

Łzy płynęły mi po policzkach. James. Mój James. Nie żadna tam jego imitacja. To James. Jak mogłam w niego wątpić? Co ze mnie za dziewczyna? Powinnam się zorientować, że tamten drań to nie mój ukochany. A teraz… Teraz James leży tu ledwo żywy.

Życie jest tak koszmarnie niesprawiedliwe. Uklękłam przy nim i chwyciłam go za dłoń. Byłam zmęczona i wiedziałam, że cudem będzie jeśli nas nie rozczepię.

Przypomniałam sobie co mówił nauczyciel teleportacji.

Cel

Wola

Namysł

W skrócie CWN. Parsknęłam śmiechem na wspomnienie zirytowanego Blacka, który stwierdził, że te inicjały świetnie określają nauczyciela. Celnie Walnięty Namolniak.

Jednak to nie była pora, by rozpamiętywać. Musiałam nas stamtąd zabrać. Skoncentrowałam się na mojej magi, poczułam jej delikatne łaskotanie i skupiłam się na obrazie Hogsmeade. Silne szarpnięcie i niemożność złapania oddechu upewniły mnie w fakcie, że nie założono tu oddziałów anty-deportacyjnych.

Wylądowaliśmy na środku miasteczka. Musiało być późno, bo otaczała nas aksamitna ciemność. I to była ostania rzecz jaką spostrzegłam. Nie puszczając ręki Jamesa, pozwoliłam zabrać się Morfeuszowi do swojej cudownej krainy.