Miesięczne archiwum: Grudzień 2014

Notatka Świąteczna: Jak, kto spędzał święta zanim poszedł do Hogwartu?

Syriusz Black nigdy nie cieszył się z świąt. Odkąd pamiętał Boże Narodzenie w jego domu przesycone było kłótniami. Teraz po raz ostatni spędzał ten względnie szczęśliwy czas w domu ze swoją rodzinką. Już za rok miał iść do Hogwartu i wiedział że już więcej nie przyjedzie dobrowolnie do tego domu co oznaczało że święta będzie spędzać w szkole. Syriuszowi od zawsze wpajano zasadę czystości krwi z którą on się nie zgadzał. Ale co z tego, jeśli za każdym razem kiedy wyrażał swoje zdanie był poddawany wielogodzinnym torturą. Z wiekiem pierworodny syn państwa Black nauczył się trzymać język za zębami jednak nienawiść do rodziny w jego sercu była ogromna. W domu rodzinnym Syriusza nikt nie okazywał też uczuć no chyba że złość. Miłość była uznawana za słabość. Ciężko żyło się w takim domu zwłaszcza jeśli było się zakałą rodziny jak to uprzejmie określała swojego syna Pani Black. Był poranek Bożego Narodzenia, Syriusz nie spał już od dłuższego czasu. Leżał w łóżku smętnie patrząc się w sufit. Nie lubił świąt, zawsze zjeżdżała się cała rodzinka. Zjazd rodzinki czystej krwi. Prychnął z pogardą na samą myśl o tym. Nadal rozmyślając o swoim marnym losie zwlekł się z łóżka. Nie zwrócił uwagi na prezenty leżące przy łóżku. Wiedział że na pewno są to książki o czarnej magii i genealogii rodzin czysto krwistych. Ubrał się i zszedł na dół gdzie przy stole czekała już cała rodzina.

-Przedstawienie czas zacząć- Mruknął pod nosem i usiadł przy stole pod ostrym spojrzeniem matki.

***

-James, wstawaj na śniadanie!

James Potter odwrócił się na drugi bok naciągając poduszkę na głowę. Nie cierpiał wstawać rano ale za to uwielbiał święta. No właśnie! Przecież dzisiaj święta! Kiedy sobie to uświadomił natychmiast zerwał się z łóżka. Wszystko było by super gdyby nie zaplątał się w kołdrę i nie runął na ziemie. Jęknął żałośnie.

-Już idę, mamo!- Odkrzyknął nie podnosząc się z podłogi. Z ciężkim westchnięciem wygrzebał się z kołdry i ruszył do łazienki. Zszedł na dół już kompletnie ubrany i zasiadł do stołu.

-Jak się podobają prezenty?- Zapytał pan Potter siadając koło małżonki i lekko całując ją w policzek.

-O kurcze! Zapomniałem!- Krzyknął zrywając się z krzesła i biegnąc po schodach na górę do swojego pokoju. Otworzył drzwi z rozmachem i ruszył w stronę prezentów. Był już bardzo blisko kiedy…ŁUP!

-James! Co ty tam robisz?!

-Nic mi nie jest!- Krzyknął zbierając się z podłogi. Zaczynał mieć dosyć że przewracał się przy każdej możliwej okazji. Klnąc na każde możliwe bóstwa podszedł do małej górki prezentów i wyjął długie prostokątne pudełko. Otworzył pakunek a jego oczom ukazała się miotła. Wyglądała idealnie. Na rączce był mały, złoty napis: księżycowa Brzytwa

Wziął miotłę do ręki i od razu poczuł potrzebę wypróbowania jej. Zbiegł na dół nadal trzymając w ręce miotłę.

-Dziękuję, dziękuję, dziękuję!- Rzucił się ojcu w ramiona na co ten roześmiał się czochrając syna po włosach

-To co? Idziemy ją wypróbować?

-Pewnie

Pani Potter przyglądała się swoim ukochanym mężczyzną z uśmiechem na ustach.

-Nie długo przyjeżdża reszta rodziny, nie połamcie się tam.- Rzekła patrząc na nich z wesołym błyskiem w oku.

-Nie martw się kochanie, James nie długo idzie do Hogwartu i muszę go wyszkolić żeby dostał się do drużyny.

***

Remus Lupin patrzył ze smutkiem przez okno. Lubił święta i chciał je spędzić z najbliższymi jednak akurat tego dnia wypadała pełnia. Co prawda do pokazania się księżyca na niebie było jeszcze kilka godzin jednak on nie czuł się na siłach wyjść z łóżka. Nienawidził pełni i tego kim się przez nią stawał. Nie chciał tego jednak on nie miał nic do gadania. Za kilka godzin stanie się bestią, która nie zawaha się rozerwać gardła swoim najbliższym. Bardzo kochał swoich rodziców. Wiedział że zniszczył im życie, stale musieli się przeprowadzać i całe ich życie było podporządkowane jemu. Mimo to rodzice kochali go najbardziej na świecie, nie ważne było dla nich kim się stawał raz w miesiącu. Lepszego mamy i taty nie mógł sobie wymarzyć. Po jego policzkach popłynęło kilka łez. Chciał by ich odciążyć ale nie wiele mógł zrobić. Wiedział że do Hogwartu go nie przyjmą ze względu na to kim jest, stanowił by zagrożenie dla uczniów. To bolało go najbardziej. Że nigdy nie znajdzie przyjaciół, nigdy nie będzie mógł żyć tak jak inne dzieci w jego wieku. Wtedy do pokoju weszła uśmiechająca się smutno mama Remusa.

-Cześć kochanie- Powiedziała przytulając markotnego syna- Nie martw się, jutro będzie już po wszystkim i urządzimy sobie własną Wigilię, ja, ty i tata.

-Dziękuję mamo…Za wszystko

***

Lily Evans zeszła na dół, na śniadanie. Siedziała tam już jej siostra, która kiedy ją zobaczyła uśmiechnęła się radośnie.

-Wszystkiego najlepszego Lily!- Zawołała wstając od stołu i przytulając młodszą siostrę.

-Na wzajem Petuniu. Co dostałaś?

- Zestaw młodej kosmetyczki, wieczorem zaszalejemy…

Rudo włosa zaśmiała się radośnie

-Ma się rozumieć. Jutro przyjdzie Sev…

-Lily! Przestań się z nim zadawać! On cię okłamuje!

-Nie prawda, Sev by tego nie zrobił. Nie znasz go, ty nie rozumiesz…

-Rozumiem doskonale!- Warknęła ze złością- Nie ma żadnego Hogwartu a ty wcale nie jesteś czarownicą

-Sev mówi że ty się tak zachowujesz bo…-Zagryzła wargi jakby w ostatniej chwili ugryzła się w język

-No co mówi!- Widać że starsza dziewczynka jest wściekła

-Że jesteś zazdrosna bo ty jesteś Mugolką!

-Za to ty jesteś dziwadłem a ten cały Hogwart to nie szkoła tylko psychiatryk!

-Jak możesz?!- Młodsza Evans uciekła z płaczem do swojego pokoju. Po kilku godzinach poczuła zapach ciasteczek które jej rodzicielka piekła w każde święta. Postanowiła pogodzić się z siostrą i zeszła na dół. Z pewnością te święta nie należały do jej ulubionych.

Rozdział 26 – Koszmar na wieży Astronomicznej

Pani Adams dobrze się spisała – po ranie na mojej ręce nie został nawet blady ślad. Lecz mimo to, został ze mną strach i wciąż brzmiały mi w uszach słowa tamtej kobiety – „to dopiero początek”. Właściwie dopiero, kiedy, względnie, przestałam martwić się o Jamesa i Syriusza dotarło do mnie, co zrobiłam. Zabiłam człowieka…

Gdyby nie moi przyjaciele zwariowałabym z tą świadomością – zwariowałabym i to szybciej, niż jestem w stanie to sobie wyobrazić.

Ale ani Alicja, ani Dorcas, ani Anabell nie były w stanie poradzić nic na koszmary, z których budziłam się co noc, na łzy, które tak beznadziejnie starałam się ukrywać, na wyrzuty sumienia, przez które nie mogłam spać w nocy, ani jeść w dzień. Nie mogły poradzić nic na fakt, że zaczęłam brzydzić się samej siebie.


- Potter nie rób sobie ze mnie żartów – wydusiłam oniemiała na widok mojego chłopaka, który wjechał do Wielkiej Sali na wózku inwalidzkim.

- Jak możesz?! – zawołał, udając oburzenie i teatralnie łapiąc się za pierś.

- Co WY tu robicie?! Mieliście leżeć w szpitalu przynajmniej do nowego roku, a jeśli się nie mylę wypada on dopiero za trzy dni! Chyba, że coś mi się poprzestawiało w mózgu i nie potrafię korzystać z kalendarza – warknęłam w stronę Łapy, który również siedział na wózku, w najlepsze pochłaniając wielkie ilości jedzenia.

- Namówiliśmy uzdrowicieli żeby szybciej nas wypuścili. Nasz urok osobisty jest nie do odparcia – odpowiedział z szelmowskim uśmiechem.

-Boję się zapytać, co zrobiliście tym biednym Uzdrowicielom – mruknęłam, patrząc znacząco na Jamesa.

- No nie patrz się tak na mnie, to Łapa podmienił eliksir wzmacniający na eliksir wzrostu włosów – odpowiedział na to nieme oskarżenie. – Tak na poważnie, to chcieliśmy spędzić z wami Sylwestra. Nie myśleliśmy, że tak szybko nas wywalą za kilka niewinnych dowcipów, więc zaczęliśmy trochę szybciej.

- Jasne, niewinnych. – Prychnęłam kpiąco. – A idźcie wy z tą swoją niewinnością!

- No, ja raczej nie pójdę, mam złamaną nogę – odparł Potter i puścił mi oczko. Parsknęłam śmiechem, podobnie jak reszta naszej paczki.

- Pozwólcie, że zapytam, jak macie zamiar wtargać się z tymi wózkami po schodach? – wtrąciła się Anabell, która siedziała obok Remusa. Chłopak, w przeciwieństwie do swojej dziewczyny, nie wyglądał na wybitnie zadowolonego z jej towarzystwa, a przynajmniej takie odnosiłam wrażenie.

- Od tego mam to – wyjaśnił jej Potter, wyjmując różdżkę z kieszeni szaty i unosząc ją wysoko z ogromnym uśmiechem na twarzy.

- Już nie masz. Nie ładnie tak się przechwalać – krzyknęłam z wrednym uśmiechem, wyrwałam mu różdżkę i wybiegłam z Wielkiej Sali. Oczywiście James na swoim wózku, w naprawdę imponującym tempie, wyleciał zaraz za mną.

- EVANS, ruda złośnico! – zawołał oburzony.

- Tak jej nie odzyskasz – odparłam i wskazałam na magiczny patyk w mojej dłoni. – Udam więc, że tego nie słyszałam. To co, książę, kolejna próba?

- Lily, skarbie, oddasz mi moją różdżkę? – zapytał, podejmując zabawę.

Wybuchnęłam szaleńczym śmiechem, pokręciłam przecząco głową i po chwili znów uciekałam przed Jamesem. Ganialiśmy jak wariaci po całym korytarzu, aż w końcu padłam wykończona na schody i skapitulowałam.

- Wiesz, że cię kocham? – zapytał niespodziewanie czule chłopak po kilku minutach ciszy.

- Oczywiście, że wiem, mój słodki łosiu – odparłam i uśmiechnęłam się do niego delikatnie. – Znalazłam album, który miałam dostać na święta. Jest… po prostu brak mi słów. Dziękuję.

-Pomyślałem, że przyda ci się taki album, żebyś zawsze mogła powrócić do tych szczęśliwych chwil.

- To najpiękniejszy prezent jaki dostałam… James, nawet nie wiesz jak się o was martwiłam. Merlinie, myślałam, że cię straciłam. Akurat teraz, kiedy… kiedy wszystko zaczyna nam się układać. To był najgorszy moment w moim życiu, a do tego… James, ja zrobiłam coś strasznego – powiedziałam łamiącym się głosem.

Opowiedziałam chłopakowi całą historię o zaklęciu niewybaczalnym i zbrodni, jakiej się dopuściłam, a on, bez słowa, przyciągnął mnie do długiego, czułego uścisku, który rozwiał wszystkie moje obawy. Czułam się bezpieczna.


Na święta w zamku zostało niewiele osób, więc w równie małym gronie spędzaliśmy sylwestra. Nie umniejszało to jednak w żadnym stopniu poziomu dobrej zabawy. Razem z Dorcas spędziłyśmy bitą godzinę na wybieraniu odpowiednich kreacji, kosmetyków i fryzur. Myślę, że obie tego potrzebowałyśmy – zapomnieć o zmartwieniach ostatnich dni, Śmierciożercach, Voldemorcie i nadchodzącej wojnie. Zamiast rozmyślać o tych wszystkich ponurych rzeczach miałyśmy czas, by poczuć się, jak zwykłe nastolatki, których największym zmartwieniem jest to, kto zaprosi je na randkę.

Koniec końców zdecydowałam się na czarną bluzkę z przodu całą pokrytą srebrnymi cekinami, do tego czarne rajstopy i spódniczkę tego samego koloru i buty na lekkim obcasie. Całość dopełniłam makijażem w srebrnym odcieniu. Może nie wyglądałam zjawiskowo, ale odpowiednio do okazji i, co najważniejsze, podobałam się samej sobie.

Muzyka grała cicho, co jakiś czas wygłupialiśmy się tańcząc niezdarnie i pijąc przemyconego po kryjomu do szkoły szampana. Kilka minut przed godziną dwunastą postanowiliśmy wyjść na błonia, z racji, że Huncwoci podobno mieli tam coś specjalnego. I rzeczywiście, równo z nowym rokiem, na niebie pojawiły się kolorowe fajerwerki, układające się w napis:

SZALONEGO NOWEGO ROKU I WIĘCEJ ŚRODKÓW USPAKAJAJĄCYCH DLA PROFESOR MCGONAGALL, BO TEN ROK DO SPOKOJNYCH NIE BĘDZIE NALEŻAŁ, ŻYCZĄ HUNCWOCI!

Gdy zaczęłam sobie wyobrażać minę surowej profesorki, po przeczytaniu tego napisu, dostałam niezłego napadu śmiechu. Chociaż, może kobieta zdążyła się już przyzwyczaić do wybryków Złotej Czwórki?

Wszyscy krzyczeliśmy radośnie, śmialiśmy się i nieco chwialiśmy z powodu szampana. I wszystko byłoby, jak należy, gdyby nie sowa, która podleciała do mnie z listem. Odczepiłam go od jej nóżki, czując na sobie zainteresowane spojrzenie Jamesa.

Staw się w wieży astronomicznej, chyba, że chcesz, aby kolejna osoba straciła życie z twojego powodu. Zabawa dopiero się zaczyna, kotku.

Czułam, że krew odpływa mi z twarzy i ledwie słyszałam zaniepokojony głos Jamesa. Resztkami świadomości zmusiłam swoje ciało do szaleńczego biegu i ignorowania głosów przyjaciół. Biegłam przez całe błonia jak wariatka i słyszałam wyraźnie za sobą kroki reszty. Ale nie mogłam się zatrzymać. Do przodu gnał mnie strach i poczucie winy, które wróciło z całą mocą.

Wbiegłam do zamku, zatrzaskując za sobą drzwi zaklęciem – miałam nadzieję, że to choć na chwilę ich zatrzyma. Korzystałam ze wszystkich znanych mi skrótów, a schody na wieżę pokonałam w ekspresowym tempie. Oddychałam ciężko i wtedy usłyszałam, że drzwi zatrzasnęły się za mną z głośnym trzaskiem. Podskoczyłam przerażona i ledwie powstrzymałam krzyk przerażenia. Przede mną, na linie zawiązanej wokół jej szyi, wisiała jakaś dziewczyna.

Kojarzyłam ją – Kate z Ravenclawu. Była martwa, bez wątpienia. Sznur dookoła jej szyi przypominał mi jakiś upiorny naszyjnik. Tym razem nie powstrzymywałam krzyku.

Słyszałam jak moi przyjaciele walą w drzwi od drugiej strony, lecz niestety na nic się to nie zdało, one wciąż były zamknięte. Przy swojej nodze zobaczyłam kartkę – podniosłam ją i ledwo odczytałam w księżycowym świetle.

Och, więc naprawdę wierzyłaś, że ją uratujesz? Żałosne. No cóż, jak na razie czeka cię noc z trupem. Tylko spróbuj nie zwariować, bo zabawa dopiero się zaczyna, skarbie.

Wypuściłam karteczkę ze zdrętwiałych dłoni i cofnęłam się z rosnącym przerażeniem. Nie miałam siły dłużej się powstrzymywać. Podbiegłam do drzwi i zaczęłam z całej siły uderzać w nie pięściami, krzycząc przy tym rozpaczliwie. Przez łzy spojrzałam jeszcze raz w miejsce, gdzie wisiało ciało krukonki, lecz tym razem zobaczyłam sam sznur. Ciała nie było.