Miesięczne archiwum: Listopad 2014

Rozdział 23 – Zielony promień Avady Kedavry

Czas mija. Czas mija szybko, lecz niezwykle boleśnie. szybko. Czas nie lecz ran – to jedna z największych głupot wymyślonych przez ludzi. Czas sprawia, że rany przestaną krwawić, czasem nawet może się zabliźnią… lecz te blizny nosi się przez resztę życia. Tęskniłam za rodzicami. Tęskniłam tak bardzo… Coś jednak pchało mnie do przodu, każdego dnia zmuszało do podniesienia się z łóżka, walczenia o własne życie. Więc zaciskałam zęby i żyłam dalej, tak jak robili to wszyscy.

W listopadzie miejsce miała jedna z moich poważniejszych kłótni z Jamesem. Poszło nam o jakąś błahostkę, a skończyło się krzykami na oczach całej szkoły… i szlabanie od wściekłej McGonagall. Ale ten jeden raz nie narzekałam na to, iż muszę szorować podłogę na kolanach. Podczas szlabanu wyjaśniliśmy sobie z Potterem wszystko i przez resztę czasu dość dobrze się bawiliśmy. Początkowo chyba oboje byliśmy przekonani, że między nami to koniec, ale tak jak niespodziewanie się pokłóciliśmy, tak samo niespodziewanie się pogodziliśmy.

Mimo że listopad był bardzo męczącym miesiącem, pełnym nauki, to dobrze go wspominam, bo to właśnie wtedy tak bardzo zbliżyłam się z Jamesem. Zresztą nie tylko my się zbliżyliśmy. Dorcas i Syriusz wciąż grali w jakieś dziwne podchody. Niby całowali się, od czasu do czasu chodzili na randki, lecz nie byli razem. Alicja chodziła cała w skowronkach, nieustannie mówiąc tylko o Franku. Anabell nie dostrzegała ogromnego smutku w oczach Remusa i żyła własnym szczęściem. Próbowałam rozmawiać z chłopakiem, ale nic to nie dawało. Wciąż twierdził, że i tak osoba, którą kocha nie będzie w stanie odwzajemnić jego uczucia. Postanowiłam więc dać sprawie spokój, choć Lupin zdawał mi się coraz bardziej nieszczęśliwy.

Peter raczej nie był zainteresowany dziewczynami, ale za to znalazł sobie inne zajęcie – jedzenie.

Koniec końców listopad dobiegł końca, a ja i Potter staliśmy się na tyle nierozłączni i przesłodzeni, że na nasz widok można było zacząć rzygać tęczą. Poważnie, zachowywaliśmy się, jak te wszystkie pary z książek romantycznych dla nastolatek. Pomyśleć, iż zawsze bałam się, że tak skończę.

McGonagall, kiedy dowiedziała się, że Huncwoci na święta zostają w zamku niemal się rozpłakała. Po ostatnich wyjcach wyznających jej miłość (Domyślcie się kto jej je wysłał…) całkiem się biedaczka załamała. Oczywiście Huncwoci dostali szlaban, ale czy oni przejmują się czymś tak błahym? Oczywiście, że nie.

Rozpoczął się grudzień. Ciągle sypał śnieg, więc naturalnie wszyscy spędzali czas na dworze. Wydawałoby się, że siódmoklasiści są już za starzy na bitwy na śnieżki, lepienie bałwanów i turlanie się z zasp śniegu bez sanek. Nic bardziej mylnego. Każdy z nas chciał się odstresować, choć na krótką chwilę zapomnieć o wojnie. Teraz kiedy tylko słyszało się o morderstwach. Na każdym kroku natykałam się na plakaty typu „Zaginął Auror!” lub jakiś inny pracownik ministerstwa. Zresztą, gdyby to tylko byli członkowie ministerstwa. Ginęli wszyscy: dzieci, czarodzieje, mugole. Ja poza szkołą nie miałam się o kogo martwić. Bałam się natomiast, co się stanie ze mną i moimi przyjaciółmi, kiedy już skończymy szkołę. Jestem pewna, że będziemy walczyć o lepsze jutro, ale czy to coś da? Może zginiemy? Zginiemy, jak bohaterzy i być może postawią nam wielkie pomniki? A może zginiemy, jak tysiące ludzi przed nami, a naszych ciał nikt nigdy nie znajdzie? Nie wiedziałam, czy chcę znać odpowiedź na to pytanie.

Wielkimi krokami nadchodziły święta i trzeba było udać się do wioski, aby zrobić zakupy (czytaj: wydać wszystkie pieniądze na prezenty). Do świąt były jeszcze dwa tygodnie, lecz dyrektor stwierdził, że bezpieczniej będzie iść wcześniej, Śmierciożercy ponoć są bardziej skłonni zaatakować przed samymi świętami, kiedy wszyscy robią zakupy na ostatnią chwilę. W duchu przyznałam, że Voldemort nie jest taki głupi – zaatakować ludzi, którzy są tak szczęśliwi z powodu świąt, że zapominając o podstawowych środkach bezpieczeństwa.

Tak więc udaliśmy się do wioski całą paczką. Nawiasem mówiąc, ostatnio cała nasza grupa stała się nierozłączna. Kiedyś było by nie do pomyślenia, żeby zobaczyć Huncwotów, siedzących obok nas (zwłaszcza mnie, jako, że zawsze nie lubiłam ich wygłupów), lecz teraz naprawdę rzadko się rozdzielaliśmy. Szłam, trzymając Pottera za rękę i słuchając z leniwym uśmiechem, jego przekomarzania się z Blackiem.

- Oj, Rogasiu i tak wszyscy wiedzą, że to ja jestem najprzystojniejszy na całym świecie.

- Oj, Łapciu, urody to ci może nie brakuje, ale położenie twojego mózgu pozostaje dla świata zagadką.

Zaśmiałam się cicho, po czym wtuliłam się mocniej w chłopaka. Ten na wpół świadomie pocierał dłonią moje ramię; byłam mu za to niewysłowienie wdzięczny, ponieważ tyłek dosłownie mi odmarzał.

- To jak? Za godzinę spotykamy się wszyscy pod Trzema Miotłami? – zaproponował James, kiedy już dotarliśmy na miejsce.

Otwierałam usta, żeby zgodzić się z nim, kiedy usłyszałam głośny trzask Aportacji. Setki trzasków. Pojawiły się zamaskowane postacie, ubrane w czarne szaty. Niszczyli wszystko na swojej drodze. Wszędzie latały zielone promienie zaklęcia zabijającego. Nie mieliśmy nawet chwili, by zorientować się w sytuacji. James pociągnął mnie i najbliżej stojącego Syriusza na ziemię. Zrobił to w samą porę, bo Bombarda minęła nas zaledwie o kilka cali. Wstaliśmy niezdarnie z ziemi, co chwila robiąc uniki. Wyszarpnęłam z kieszeni różdżkę, jednak powstrzymała mnie dłoń Syriusza.

- Evans, chyba nie zamierzasz walczyć? – zapytał, patrząc na mnie uważnie. – Jest ich zbyt wielu, mają zbyt duże doświadczenie, będziesz martwa nim skończyć wypowiadać inkantację zaklęcia. Musimy uciekać do zamku.

Chłopak miał rację. Oboje z Jamesem zgodnie skinęliśmy głowami i trzymając się blisko siebie ruszyliśmy w stronę, z której przyszliśmy. Zaklęcia latały dookoła i co chwilę musieliśmy padać na ziemię, żeby nie oberwać którymś z nich. Nie wiedzieliśmy, gdzie jest reszta naszych przyjaciół, lecz w tamtej chwili nie było czasu, by się tym martwić.

Właśnie rozbroiłam jakiegoś Śmierciożercę, który zagrodził mi drogę, gdy zobaczyłam jak Dorcas traci różdżkę i przewraca się na ziemię. Nim James zdążył zareagować wyrwałam dłoń z jego uścisku i rzuciłam się biegiem w tamtą stronę.

- Avada… – zaczął Śmierciożerca, lecz nie dane było mu skończyć.

- AVADA KEDAVRA! – krzyknęłam, wbiegając między niego a moją przyjaciółkę. Nim skończył wypowiadać zaklęcie, zielony promień z mojej różdżki uderzył w niego. Padł na ziemię, a puste, szare oczy wpatrzone były w niebo. Wszystko nagle ucichło. A może to przestałam słyszeć? Liczyło się tylko szybkie, niemiarowe bicie mojego serca.

- Zabiłam go – wyszeptałam otępiale. – BOŻE! ZABIŁAM GO! – krzyknęłam, uświadamiając to sobie z całą mocą. – NIE! JA NIE CHCIAŁAM!

Upuściłam różdżkę i padłam na kolana. Łzy przyozdobiły moje, zarumienione od zimna, policzki. Ledwie zdałam sobie sprawę z przybycia Dumbledore’a i z tego, że Dorcas coś do mnie mówi. Łzy przesłaniały mi cały widok. Byłam mordercą i tylko to się liczyło!

Większość Śmierciożerców deportowała się, ale dwóch zwlekało. Lucjusz Malfoy, którego poznałam po oczach i sadystycznym uśmiechu, oraz jakaś kobieta. Moje serce zamarło, gdy zobaczyłam, jak rozbroili Jamesa i Syriusza. Niespodziewanie wyraźnie widziałam różdżkę Łapy i Rogacza obok miejsca, w którym ja upuściłam moją. Nie byłam w stanie im pomóc, po prostu nie byłam. Dwójka Śmierciożerców deportowała się, a razem ze sobą zabrali chłopaków. Słyszałam czyjś krzyk, ale był on oddalony jakby o setki mil.

Zabrali mojego Jamesa – kołatało mi się w głowie.

Świat zaczął chwiać się niebezpiecznie. A może to ja się chwiałam? Nie wiem. Wiem jedynie, że potem była już tylko ciemność. Zemdlałam.


Spróbowałam otworzyć oczy, lecz nie udało mi się to. Spróbowałam raz jeszcze i znów porażka. Zebrałam wszystkie siły i spróbowałam po raz kolejny. Udało się. Nie oślepiło mnie światło; było ciemno, co przyjęłam z ulgą. Po długiej chwili moje oczy przyzwyczaiły się do ciemności. Byłam w Skrzydle Szpitalnym. Za oknem panował mrok, więc to musiała być dość późna noc. Usiadłam na łóżku i wróciłam myślami do swoich ostatnich wspomnień; ich korowód przelewał mi się przez głowę. O słodki Merlinie, co ja zrobiłam?

Zasłużył na to! Chciał zabić Dorcas! – odezwała się gorsza strona mojej natury

To nie zmienia faktu, że teraz to ja jestem mordercą!

Kłóciłabym się nadal sama ze sobą, ale przerwał mi cichy szept.

- Lily…?

- Dorcas…?

- Tak, to ja.

- Co tu robisz?

- To samo co ty, Lilka… Lily… oni ich zabrali…

- Wiem – odparłam cicho.

Między nami nastała cisza, lecz nie ta z rodzaju kłopotliwych. To była dobra cisza, w czasie której obie mogłyśmy spokojnie pomyśleć.

-Dorcas… To zaklęcie – powiedziałam nie głośniej niż szeptem. – Dorcas, dlaczego ono zadziałało?! Ja nie chciałam go zabić. – Mój drżał, kiedy kończyłam mówić.

- Uratowałaś mnie, Lilka – odparła równie cicho. – Gdybyś tego nie zrobiła, on zabiłby mnie, wiesz o tym.

- Przecież nie musiałam rzucać zaklęcia zabijającego! Za to idzie się do Azkabanu! Jestem mordercą! – krzyknęłam, czując, że w oczach zbierają mi się gorące łzy.

- Nie możesz się teraz nad sobą użalać, Lilka – powiedziała Dorcas z lekkim wyrzutem, po czym usiadła obok mnie. – To jeszcze nie czas. Musisz być silna, przynajmniej dopóki nie znajdą chłopaków. Dla mnie, Lil.


- Błagaj o litość!

- Wolę umrzeć!

- Umrzesz, z pewnością, ale nie szybko.

- Nie boję się ciebie!

- Crucio!

- …

- Szkoda mi cię, Potter. Jesteś czystej krwi, a prowadzasz się ze szlamami i zdrajcami krwi. Mógłbyś być kimś wielkim, ty i Black. Moglibyście stanąć u mojego boku i osiągnąć potęgę.

- Przyłączę się do ciebie, kiedy piekło zamarznie!

- Jeszcze będziesz żałował, że nie przyjąłeś mojej propozycji, Jamesie Potterze! Crucio!


Obudziłam się zlana zimnym potem, czując, że serce zaraz wyskoczy mi z piersi. Nie miałam pojęcia, kiedy łzy zaczęły płynąć z moich oczu, lecz nie starałam się ich powstrzymać.

To był tylko sen! – powtarzałam jak mantrę.

A co jeśli to nie był sen? – zapytał złośliwy głosik w mojej głowie. Te sam, który zawsze odzywa się w najmniej odpowiednich momentach.

Opadłam na poduszki. Była czwarta rano jeśli mój zegarek dobrze chodził. Wstałam z łóżka i ignorując fakt, że pani Adams będzie wściekła, powędrowałam do mojego dormitorium. Pokój wspólny był jeszcze pusty. Nic dziwnego, w końcu była to niedziela, kto normalny wstawałby o czwartej rano, kiedy jest wolne?

Weszłam do dormitorium na palcach, starając się nie obudzić Alicji i Anabell, wcale nie potrzebowałam ich współczujących spojrzeń od samego rana. Wzięłam czyste ciuchy i poszłam pod prysznic. Gorąca woda źle działała na moje rany, których wczoraj się nabawiłam podczas pojedynku ze Śmierciożercami. Zmieniłam ją więc na zimną. Zadrżałam, kiedy poczułam jej chłód. A może drżałam z zupełnie innego powodu? Na przykład z powodu szlochu, który targał moim ciałem? Nie wiem. Nic już nie wiem…


Mijały dni, a razem z nimi mijała moja nadzieja na uwolnienie Jamesa. Cała szkoła pogrążona była w żałobie. Podczas bitwy o Hogsmeade zginęło trzech uczniów, no i oczywiście dwóch zostało porwanych. Dyrektor wygłosił piękną mowę, której wysłuchałam jednym uchem, a którą wypuściłam drugim.

Rozmawiał też ze mną na temat tego co zrobiłam. Przesłuchiwali mnie ludzie z ministerstwa. Mój czyn uznali za obronę konieczną, więc zostałam uniewinniona. Zresztą, kilka dni przed napadem na wioskę Minister wydał zgodę na używanie zaklęć niewybaczalnych w wypadku napadnięcia przez Śmierciożerców.

Przez kolejne dni chodziłam kompletnie przybita, podobnie, jak Remus, Peter i Anabell. Nasza czwórka najbardziej przeżywała zaistniałą sytuację.

No cóż, krótko mówiąc miałam wielkiego doła. A co robię jak mam doła? Czytam „Romeo i Julia”, obżeram się, płacze i oglądam zdjęcia. Tak więc siedziałam sobie w dormitorium, żarłam lody, które dostałam od skrzatów z kuchni i czytałam moją ulubioną sztukę, kiedy do pokoju jak burza wpadła Dorcas.

- Lilka!

- Zamknij się, Dorcas, on chce się zabić! Nie pij tej trucizny, idioto! – krzyknęłam. Nie cierpiałam jak ktoś mi przeszkadzał czytać, zwłaszcza kiedy byłam w finałowym momencie, a do takich nie wątpliwie należy scena, w której Romeo pije truciznę nad ciałem Julii, myśląc że ta nie żyje. Łzy już zbierały się w moich oczach, kiedy Dorcas wyrwała mi książkę.

- ZWARIOWAŁAŚ?! ON CHCE SIĘ ZABIĆ! – krzyknęłam wściekła.

- Lilka, zamknij się i posłuchaj! Chcą odbić chłopaków! Wiedzą gdzie ich przetrzymują! Zakon Feniksa organizuje próbę odbicia ich!

Moja szczęka wybrała się na spacer po podłodze, ale niewiele mnie to obchodziło. Liczyło się tylko to, że teraz albo odzyskam Jamesa, albo stracę go na zawsze.


Jeśli ktoś chciałby popisać to zapraszam do kontaktu przez e-maila (dygunia9 ) lub przez GG (46593420), chętnie poznam ciekawe osoby :)

Rozdział 22 – Sen w noc duchów

Dom pogrążony był w śmiertelnej ciszy. Z kuchni nie dobiegał radosny śpiew mamy, z salonu nie słychać było radia, przy którym tata kochał odpoczywać. Była po prostu cisza. Petunii nie było, załatwiała sprawy związane z pogrzebem, a ja wypakowywałam swoje rzeczy z kufra. Dostałam dwa tygodnie wolnego w szkole oraz możliwość decyzji, czy chcę kontynuować edukację. Jeszcze nie wiedziałam co zrobię. Kiedy układałam ciuchy w szafie, musiałam siłą powstrzymywać swoje łzy. Odkąd dowiedziałam się, że Śmierciożercy zaatakowali centrum handlowe, które tego dnia odwiedzili mama i tata… odkąd dowiedziałam się o ich śmierci, nie uroniłam ani jednej łzy. Nie chciałam płakać, nie chciałam myśleć, że już nigdy więcej nie zobaczę rodziców. Nie myślałam o tym, że mama nigdy nie pozna Jamesa, że tata nie poprowadzi mnie do ołtarza, że już nigdy nie obudzi mnie zapach ciasteczek, że mama nigdy więcej nie opowie mi o tym, jak poznała tatę i jak się w nim zakochała. Nie chciałam przyjąć do wiadomości tego, iż moich rodziców już nie ma. Ale teraz – w tym pustym do bólu domu – to uderzyło we mnie z całą siłą. Rzuciłam na podłogę czarną, plisowaną spódnicę i zaczęłam płakać. Płakałam, jak małe dziecko i nie miałam zamiaru przestać. Pytałam siebie: dlaczego to właśnie moi rodzice musieli umrzeć?! To było tak piekielnie niesprawiedliwe! Moi rodzice, którzy nigdy nikogo nie skrzywdzili! To chyba właśnie wtedy postanowiłam, że kiedy ukończę szkołę, zrobię wszystko, by zniszczyć Voldemorta. By nie mógł zabić już nikogo więcej.

Nie pamiętam kiedy wróciła Petunia, lecz pamiętam, że widząc mój stan, lód w jej oczach na jakiś czas stopniał. Przytuliła mnie mocno do siebie i głaskała po włosach, sama również płacząc. Razem udałyśmy się na dół i wyjęłyśmy rodzinne pamiątki. Listy miłosne rodziców, które wymieniali, kiedy tata był w wojsku, zdjęcia ich i nasze z dzieciństwa. Oglądałyśmy to wszystko, ze łzami nie w oczach, lecz na policzkach. W tym krótkim czasie po śmierci rodziców, na moment odzyskałam siostrę. Połączyła nas wspólna żałoba i choć dzieliły światy, żadna z nas nie chciała o tym pamiętać. Tak było po prostu łatwiej.

Najgorsza w tym wszystkim była noc. Leżałam, patrząc się w sufit, co chwila pociągając nosem. Wtedy uderzyły we mnie wyrzuty sumienia. Bo tak mało czasu spędziłam z rodzicami, tak mało o sobie wiedzieliśmy. A może gdybym była tam z nimi, udałoby mi się ich uratować? Zdrowy rozsądek podpowiadał mi, że Śmierciożercy po prostu by mnie zabili, tak jak Anastazję, lecz ból uniemożliwiał mi wsłuchanie się w racjonalne argumenty.


Dzień pogrzebu był jednym z najgorszych dni w moim życiu. Kiedy zobaczyłam ich ciała… zimne, blade, martwe… Miałam wrażenie, że umieram. Wyglądali tak spokojnie. Jakby tylko spali. Jakby tata zaraz miał się obudzić i narzekać, że znów spóźni się do pracy. Nie mogłam się pogodzić że nigdy nie pozna Jamesa, nie poprowadzi mnie do ołtarza, nie zobaczy wnuków. Nie mogłam się pogodzić z faktem, że już nigdy nie obudzi mnie zapach ciasteczek, które mama zawsze piekła z okazji mojego powrotu na wakacje i święta. Było mi tak strasznie źle. Już nigdy mnie nie przytulą i nie powiedzą, że są ze mnie dumni. Jamesa nie mógł być tu ze mną, bo tak się złożyło, że pogrzeb jego rodziców wypadał w tym samym czasie. W tej trudnej chwili były ze mną przyjaciółki.

Alicja, Anabell i Dorcas ubłagały dyrektora, żeby mogły przyjść na pogrzeb mnie wesprzeć. Huncwoci towarzyszyli Jamesowi. Nie pamiętam wiele z samego pogrzebu – w moich wspomnieniach wszystko jest zamglone i niewyraźne. W pamięć wyraźnie zapadł mi moment, kiedy trumny zjechały do grobu.

Moi rodzice byli cudownym przykładem małżeństwa. Kochali się, jak chyba nikt. Nigdy nie widziałam, żeby się kłócili. Zawsze podziwiałam ich miłość. Byli razem tyle lat, a tata dalej odnosił się do mamy, jak do jakiejś greckiej bogini. A teraz? Już na zawsze razem. Nawet śmierć nie zdołała ich rozdzielić. Pamiętam, że pod koniec uroczystości zaczął padać deszcz, lecz nie zrobiło mi to większej różnicy – łzy i tak rozmazały mój cały, delikatny makijaż.


Decyzja o powrocie do szkoły wcale nie była łatwa, lecz w końcu ją podjęłam. Między mną a Petunią wszystko wróciło do normy i dziewczyna znów odnosiła się do mnie z dystansem. Kiedy nawet nie powiedziała mi do widzenia przypomniałam sobie słowa Dor – Petunia nie była warta moich łez, których ostatnio uroniłam zdecydowanie za dużo.

Szłam powoli korytarzami szkoły. Było wcześnie i wszyscy jeszcze spali. Cicho zapukałam do gabinetu dyrektora, ciągnąc za sobą ciężki kufer. Jakoś nie przyszło mi do głowy, by użyć różdżki.

- Proszę – usłyszałam głos Dumbledore’a.

- Dzień dobry, dyrektorze – powiedziałam. – Myślę, że podjęłam decyzję. Chcę kontynuować naukę.

- Bardzo się cieszę, Lily – rzekł staruszek. – To z pewnością jest dla ciebie ciężki, stracić rodziców w tak młodym wieku i w tak okropnych okolicznościach.

- Tak, to dla mnie ciężkie, ale myślę, że oni nie chcieliby, żebym była smutna z powodu ich odejścia.

- Jesteś bardzo mądrą, młodą kobietą, moja droga, to dla mnie zaszczyt, iż uczęszczasz do tej szkoły. Możesz wiele osiągnąć w życiu, Lily, nie zmarnuj tego.


Weszłam do Pokoju Wspólnego i niemal natychmiast wypuściłam trzymany w rękach kufer. Rzuciłam się w ramiona Jamesa, który objął mnie mocno. Znów zaczęłam płakać i nawet nie próbowałam tego powstrzymać. O ironia, płakałam, wtulając się w ramiona chłopaka, którego kiedyś tak nienawidziłam, a którego teraz tak kocham.


Wszystko kiedyś przemija, nawet, dzięki Merlinowi, smutek. Nie było mi łatwo, lecz przyjaciele bardzo mi pomogli. Nie tylko mi, Syriuszowi i Jamesowi również. Państwo Potter może nie byli prawdziwymi rodzicami Blacka, lecz Syriusz i tak bardzo ich kochał.

- Bardziej niż własnych rodziców, Lily – powiedział mi Syriusz, gdy o to zapytałam. – Kochałem ich bardziej, niż własnych rodziców. To byli wspaniali ludzie, ruda, pokochaliby cię, tak, jak kocha James.

- To takie niesprawiedliwe – odparłam. – Żadne z nas nie chciało tej przeklętej wojny, a musimy płacić za wizję świata tego psychopaty.

- Życie nie jest sprawiedliwe – westchnął Black, pociągając z butelki ognistej whisky spory łyk. – Jest za to pasmem cholernej niesprawiedliwości.

- Gdyby nie to, że mam takiego doła, powiedziałabym, że przesadzasz, Syriuszu.

- Ale tego nie powiesz.

- Nie – zgodziłam się. – Nie powiem.


Szłam właśnie do biblioteki, kiedy usłyszałam podniesione głosy zza rogu. Westchnęłam i kręcąc głową przyśpieszyłam kroku. Cóż, byłam Prefektem i musiałam pilnować porządku.

Moim oczom ukazała się roześmiana trójka Gryfonów, którzy stali z uniesionymi różdżkami nad… nad jakimś Ślizgonem, którego nie mogłam rozpoznać.

- Co wy tu wyprawiacie? – zapytałam chłodno.

Chłopcy spojrzeli na mnie ze strachem. Mogli być na czwartym lub piątym roku, ale mieli nad Ślizgonem przewagę liczebną. Nienawidziłam takiego zachowania.

- Nikt wam nie powiedział, że trzech na jednego to zwykłe tchórzostwo? Nie? – warknęłam. – To może zrobi to McGonagall.

Spojrzałam na chłopaka, który zbierał się z ziemi.

- Regulus? – zapytałam. – Brat Syriusza, prawda?

- Kolejna fanka mojego zakochanego w sobie braciszka? – zapytał z kpiną.

- Jestem jego znajomą, Black. Biorąc pod uwagę fakt, że właśnie uratowałam ci tyłek, mógłbyś być nieco milszy.

- Nie prosiłem o to, ale dzięki – odparł, wzruszając ramionami.

Niesamowite, jak podobny był do Syriusza. Obaj też byli nieziemsko przystojni.

Westchnęłam.

- Nie ma za co, Black. A wy – zwróciłam się do trójki Gryfonów – idziecie ze mną do McGonagall. Myślę, że szlaban dobrze wam zrobi…


- Słyszałaś, Lily? – zapytała mnie Dor, przysiadając się do stolika, przy którym odrabiałam lekcje.

- A co miałam słyszeć? – zapytałam, znad książki do eliksirów.

- W tym roku w Noc Duchów odbędzie się bal. Dumbledore ogłosił to, kiedy cię nie było.

- To super.

- Dziewczyny zapraszają chłopców.

- Cudownie.

- Pójdziesz?

- Oczywiście, że nie.

- C-co? Dlaczego?

- Bo nie lubię tego typu rzeczy.

- Daj spokój, będzie tylko piąty rok i wyżej. Bachory nie mają wstępu – wyszczerzyła się. – No dalej, Lilka!

- Zastanowię się, okej?


Tańczyłam z Jamesem, wystrojona, jak nigdy w życiu, zastanawiając się, jak ja, do ciężkiego cruciatusa, dałam się w to wrobić. Cóż, bal był naprawdę piękny, lecz nie w moim stylu. Nie lubiłam tańców i podobnych im rzeczy. Ale oczywiście dziewczyny i tak mnie namówiły. Z nimi sam Voldemort, by nie wygrał, poważnie.

Właściwie przez większość czasu dobrze się bawiłam. Niemal cały czas byłam z Jamesem na parkiecie i mimo moich protestów, chłopak co chwilę mnie całował. Dumbledore przyglądał się nam się z uśmiechem. Dlaczego mam wrażenie, że on od początku wiedział, iż skończę z Jamesem?


Wróciłam do swojego dormitorium, jako jedna z pierwszych osób. James nie protestował. Twierdził, że od rana blado wyglądam, a i on nie czuje się najlepiej. Faktycznie, przez cały dzień chłopak był jakiś cichy, a ja czułam się coraz gorzej z każdą minutą. Ironio, czułam się koszmarnie w każdą noc duchów, ale w tym roku było to jakieś silniejsze. Wzięłam prysznic i przebrałam się w piżamę. Z mokrymi włosami władowałam się do łóżka. Nim się zorientowałam, zasnęłam.

Stałam w małym, przytulnym salonie. Na ścianach wisiało mnóstwo zdjęć, oprawionych w ramki, lecz nie miałam czasu się im przyjrzeć.

- Uciekaj, Lily! Bierz Harry’ego i uciekaj. Zatrzymam go, ale nie na długo, uciekaj! – szepnął drżącym głosem mężczyzna, którego twarzy nie widziałam zbyt wyraźnie, wciskając mi przy tym dziecko do rąk.

- Nie – odparłam bez udziału woli.- Nie zostawię cię.

- Proszę, Lily. Dla Harry’ego.

- Kocham cię – wyszeptałam, czując na policzkach gorące łzy.

- Wiem – odparł szeptem mężczyzna, popychając mnie w stronę schodów. – Ja też cię kocham, Lily, was oboje.

Chłopak ruszył w stronę korytarza, z którego dobiegał cichy hałas. Nie czekałam dłużej. Przytuliłam dziecko mocniej do siebie i ruszyłam biegiem na górę. Nie wiedziałam, gdzie jest moja różdżka… nic nie wiedziałam. Moje nogi same obrały kurs. Wbiegłam do jakiegoś pokoju i zatrzasnęłam za sobą drzwi.

- Avada Kedavra! – dobiegł mnie krzyk z dołu. Ja również krzyknęłam. Wiedziałam, że ktoś bardzo drogi mojemu sercu właśnie zginął. Na schodach rozległy się kroki. Zagryzłam wargę aż do krwi i podbiegłam z dzieckiem do łóżeczka. Wsadziłam do niego chłopca, próbując powstrzymać przy tym łzy. Byłam pewna, że za chwilę i ja, i to dziecko stracimy życie.

- Harry… – wyszeptałam. – Harry, bardzo cię kochamy. Mamusia cię kocha i tatuś cię kocha. Musisz być silny, Harry, musisz być dzielny.

Dziecko patrzyło na mnie swoimi inteligentnymi, zielonymi oczami, jakby wiedziało, że jego mamusia zaraz padnie martwa, tak jak kilka chwil temu zrobił to tatuś. Odwróciłam się w stronę drzwi, a te wyleciały z hukiem z zawiasów. Stanęłam twarzą w twarz z największym potworem tego świata.

- Proszę… Proszę, tylko nie Harry! – krzyknęłam.

Wiedziałam, że muszę chronić to dziecko, choćby ceną własnego życia.

- Nie bądź głupia – syknął potwór. – Odsuń się, a nie stanie ci się krzywda.

- Błagam, zlituj się! Weź mnie zamiast jego! Proszę!

- Odsuń się, głupia dziewczyno, odsuń się i to już!

- Tylko nie Harry! Nie mój jedyny syn!

- Masz ostatnią szansę!

- Proszę…

- Sama tego chciałaś, Avada Kedavra!

Obudziłam się, tylko cudem powstrzymując krzyk. Moje serce biło jak szalone, a na policzkach czułam świeże łzy. Co to było do cholery?! Dlaczego śniłam o czymś takim?! Dlaczego śniłam o własnej śmierci?!

Wstałam i na drżących nogach ruszyłam do łazienki, potykając się przy tym wielokrotnie. Przemyłam twarz zimną wodą, lecz to mnie nie uspokoiło. Wiedziałam, że tej nocy już nie zasnę. Wyszłam więc do Pokoju Wspólnego, w którym czekała mnie niespodzianka.

- James? – zapytałam zachrypniętym od płaczu głosem.

Chłopak odwrócił się od trzaskającego kominka w moją stronę.

- Lily? Co się stało? Nie możesz spać?

- Mogłam – odparłam, nagle dostrzegając, że chłopak ma podpuchnięte oczy… jakby płakał. – Miałam koszmar.

Chłopak wstał i przytulił mnie do siebie.

- Ja też – powiedział cicho. – Bardzo realny koszmar.

- To tylko sen – szepnęłam, nie mogąc wiedzieć, jak bardzo się mylę.