Miesięczne archiwum: Październik 2014

Rozdział 8 – Tajemnica Kate

Myślałam nad tym całą noc. Nie mogłam spać, bo moje myśli wciąż krążyły wokół Severusa i Pottera. Nie miałam pojęcia, dlaczego właściwie chcę się spotkać z chłopakiem i nie miałam pojęcia, co czuję do Pottera, którego przecież zawsze nienawidziłam. Jedno było pewne – James Potter nie był mi już obojętny. Miałam wrażenie, że jakaś nieznana mi siła, pchała mnie w jego stronę. Cóż tu dużo mówić, stałam się kolejną dziewczyną, którą Potter owinął sobie wokół palca. Jeśli dalej tak pójdzie… Nawet nie chcę sobie wyobrażać, że pewnego dnia mogłabym zostać dziewczyną Pottera. Przecież to by było straszne. Miałam dwa wyjścia. Mogłam zachować swoją dumę i nie zmieniać stosunku do Pottera, albo przełknąć wstyd i otwarcie powiedzieć, że… że zauroczyłam się w Potterze. Słyszycie jak to okropnie brzmi?!

W sprawie Snape’a postanowiłam nie robić nic. Chłopak zranił mnie zbyt mocno i mimo że bardzo za nim tęskniłam, nie potrafiłam mu tego wybaczyć. Szkoda, bo kiedyś to właśnie Severus był moją odpowiedzią na wszystko, zawsze potrafił mi doradzić, pomóc. Teraz już nie ma go przy mnie, ale przecież nie mogłam pozwolić sobie, stać się przez to słabszą!

* * *

Niedziela nadeszła na mój gust, zbyt szybko. Alicja wybierała się gdzieś z Frankiem, chłopakiem z roku wyżej, z którym od jakiegoś czasu się spotykała. Zostałam więc sama z Anabell i, ku mojemu zaskoczeniu, z Kate. Było mi smutno z powodu naszych ostatnich kłótni – może nigdy nie miałyśmy wybitnych kontaktów, lecz ostatecznie dużo razem przeszłyśmy. Szkoda było mi to zaprzepaszczać.

Postanowiłam więc z nią porozmawiać. Nie mogłyśmy do końca szkoły udawać, że jedna drugiej nie widzi. Poza tym, przecież nie warto się było kłócić o Pottera. Usiadłam obok dziewczyny, a mój wzrok przyciągnęło coś czarnego na jej lewym przedramieniu. Odskoczyłam od niej, jak oparzona. To był Mroczny Znak! Nie miałam ku temu żadnych wątpliwości, uczyliśmy się kiedyś o nim na obronie przed czarną magią. Czułam, że moje serce bije szybko, jak nigdy wcześniej.

- Anabell, biegnij do dyrektora! – krzyknęłam w kierunku dziewczyny, która siedziała na łóżku, rozczesując swoje długie włosy.

- Co się stało, Lil? – zapytała autentycznie wystraszona.

- Ona jest Śmierciożercą, ma Mroczny Znak! – powiedziałam roztrzęsionym głosem. Chwyciłam Kate za rękę i podniosłam rękaw, który przed chwilą zasłoniła. Nie myliłam się! Na jej ręce bardzo wyraźnie widać było Mroczny Znak.

- Jak mogłaś?! – zapytałam z obrzydzeniem.

- Nawet gdybym próbowała ci to wyjaśnić, nie zrozumiałabyś – rzekła cicho, spuszczając wzrok. Nagle zrobiło mi się jej okropnie szkoda. Wyglądała na taką zmęczoną i zagubioną.

- Masz rację, Kate, nie zrozumiałabym, bo nic cię nie usprawiedliwia.

* * *

Pół godziny później ludzie z ministerstwa zabrali Kate na przesłuchanie. Nie rozumiałam jej wyboru. Owszem, ostatnio wciąż się kłóciłyśmy, a ona sama wiecznie gdzieś znikała, ale, słodki Merlinie, nigdy nie posądziłabym jej o służbę Czarnemu Panu, zwłaszcza nie po tym, co stało się z Anastazją. Nie rozumiem, jak mogłam nic nie zauważyć. Przez ten cały czas mieszkałam w jednym pokoju z potworem! Jedna myśl wciąż nie dawała mi spokoju – czy Kate była mordercą? Czy przez cały ten czas, mogła po prostu zabić nas w środku nocy? Nie wiedziałam żadnej z tych rzeczy, lecz jednego byłam pewna, gazety będą miały używanie na całej tej sytuacji.

* * *

Nie myliłam się, następnego dnia gazety szalały:

SZESNASTOLATKA SŁUGĄ CZARNEGO PANA!

Wczoraj w godzinach porannych na przesłuchanie w sprawie podejrzenia aktywnego śmierciożerstwa, trafiła szesnastoletnia Kate Jones, która do tej pory była uczennicą Hogwartu. Jedna z jej przyjaciółek dostrzegła na przedramieniu dziewczyny Mroczny Znak. Dyrektor Szkoły – Albus Dumbledore, natychmiast został o wszystkim poinformowany. Dziewczyna zostanie osądzona i odpowie za swoje czyny jak osoba dorosła. Coraz częściej słyszymy o masowych mordach, dokonanych przez zwolenników Tego – Którego – Imienia – Nie – Wolno – Wymawiać. Szerzy się panika, a ludzie boją się wychodzić z domów. Nawet mugole zaczynają coś zauważać. Czy w najbliższym czasie, czeka nas wojna? Komu możemy wierzyć? Tego nie wie nikt. Jedno jest pewne – w tych mrocznych czasach wszyscy jesteśmy w olbrzymim niebezpieczeństwie.

John Skeeter

 

W wielkiej sali wrzało jak w ulu , wszyscy ze zdziwieniem spoglądali na stół Gryffindoru w miejsce, gdzie zawsze siadała Kate. To było takie dziwne, jeszcze rok temu w życiu nie powiedziałabym, że Kate może być Śmierciożercą. Raz jeszcze przejechałam wzrokiem po artykule i mimo kontrowersyjnych artykułów, które pisze John Skeeter, tu trzeba było mu przyznać rację – nikt nie wie, komu może ufać i niestety miałam szansę doświadczyć tego na własnej skórze.

Następny tydzień po weekendzie był dla mnie istnym koszmarem. Większość uczniów wiedziała, że Kate była naszą – moją, Anabell i Alicji – przyjaciółką i zaczęła obrzucać nas wrogimi, nieufnymi spojrzeniami. To nie było nic miłego, naprawdę.

Nauczyciele natomiast wzięli sobie za cel, zamęczenie nas na śmierć. Mimo że OWTM’my zdawaliśmy dopiero za rok to i tak nie mieliśmy chwili wytchnienia. Nawet ja i Remus, największe kujony ze swojego rocznika, cały wolny czas spędzaliśmy przy książkach. I tak minął mi marzec, w czasie którego uczniowie powoli przestali obrzucać mnie wrogimi spojrzeniami.

* * *

Siedziałam na kolejnej, nudnej lekcji transmutacji, a profesorka tłumaczyła coś monotonnym, z lekka zirytowanym głosem. Zapewne była już tak zmęczona jak my i wcale się kobiecie nie dziwię. Po pierwsze, była to już dziewiąta lekcja w tym dniu, a po drugie, biedna McGonagall już piątą godzinę próbowała wtłuc nam do głów jeden materiał. Słowo, byłam pewna, że jeszcze trochę, a kobieta zacznie tupać nogą, wymachiwać rękami i pytać, dlaczego my tego, do jasnej Avady Kedavry, nie rozumiemy. Jednym zdaniem – byłam wykończona,, a na pocieszenie zostało mi tylko to, że dzisiaj jest już piątek. Nagle drzwi klasy otworzyły się z głośnym hukiem i wleciały przez nie śliczne, małe kuleczki. Były naprawdę ładne, zmieniały kolor i świeciły się takim wyjątkowym blaskiem. Miały tylko jedną wadę – kiedy kogoś dotknęły, osoba ta zaczynała mienić się wszystkimi kolorami tęczy. Chyba nie muszę opisywać, co działo się w klasie. Wybuchła panika i każdy próbował uciec, jednak drzwi zatrzasnęły się i nie pomagało żadne zaklęcie. Co tu dużo gadać, nie było osoby (poza Huncwotami oczywiście), która wyszła z klasy z normalnym odcieniem skóry. Nie byłam zła, byłam wściekła. Jedna kulka dotknęła moich włosów i teraz wyglądałam jak jakiś przeklęty, tęczowy jednorożec z mugolskich bajek. Tylko rogu mi brakowało. Wszyscy wrócili do dormitoriów w paskudnych humorach i nie pomagało nawet to, że Huncwoci dostali miesięczny szlaban z Filchem. Tak więc nie byłam jedyną osobą, która cała gotowała się w środku. Gdy znalazłam się w łazience, z ulgą stwierdziłam że woda zmywa „tęczę” ze skóry i włosów.

- Pośpiesz się, Evans bo jeśli Frank zobaczy mnie w takim stanie, to jestem skończona! – wydarła się Alicja i to tak głośno, że bębenki w uszach prawie mi pękły.

- Alicja, tobie płacą, żebyś się tak darła? – zapytałam zirytowana, wychodząc z łazienki. Alicja rzuciła mi tylko spojrzenie bazyliszka. Położyłam się na łóżku z zamiarem odrobienia prac domowych za pięć minut… tylko na chwile zamknę oczy… dobra trzeba wstać… ale właściwie po co? Jest mi tak dobrze, mam cały weekend na odrobienie prac domowych… Z tą myślą zasnęłam.

* * *

Było sobotnie popołudnie, a ja w doskonałym humorze przechadzałam się szkolnymi korytarzami. Wszystkie prace domowe miałam odrobione, szczęście mi sprzyjało, czego chcieć więcej? No tak, nie chwal dnia przed zachodem słońca, no nie? W jeden chwili szłam sobie spokojnie, a w drugiej poczułam, że ktoś przyszpila mnie do ściany.

- Potter, lepiej, żebyś miał ważny powód do tarmoszenia mną, bo inaczej znów ci coś złamię – powiedziałam przez zęby, starając się nie wdychać tego wspaniałego zapachu, który mącił mi w głowie.

- To się okaże, Evans – szepnął mi do ucha, a mnie przeszły słodkie dreszcze, gdy poczułam na szyi jego oddech. Sekundę później poczułam jego usta na moich i po prostu odpłynęłam. Nie był to mój pierwszy pocałunek, bo Potter skradł mi go na czwartym roku, ale, Merlinie, jeszcze nikt, nigdy nie całował mnie w ten sposób. Czułam, że miękną mi kolana, więc objęłam go ramionami, a dłonie wplątałam w jego włosy. Odsunął się szybciej, niżbym sobie tego życzyła. Spojrzałam w jego czekoladowo-brązowe oczy, zamglonym spojrzeniem. I nagle dotarło do mnie co się stało. Całowałam się. Z Potterem. Na zaklęcia niewybaczalne, całowałam się z tym matołem, a do tego, podobało mi się. Wymierzyłam mu siarczysty policzek, na co odsunął się delikatnie, a ja ruszyłam biegiem przed siebie.

- I tak będziesz moja, Evans – krzyknął za mną.

Może i masz rację, Potter? Może i będę twoja? Ale póki co, będziesz musiał się nieco wysilić, żeby mnie zdobyć.

Rozdział 7 – Zdjęcie i złośliwe chochliki

- Evans, umów się ze mną, błagam!

- Spadaj, Potter!

- Evans, skarbie, nie odrzucaj mnie, czuję się zraniony przez twoją nieczułość.

- Zaraz poczujesz się zraniony przez moją pięść. Spadaj!

- Evaaaans!

- Potter, prosisz się, żeby cię skrzywdzić.

- Raczej o buziaka.

- Przeginasz, Potter.

- Oj no, Evans, weź się umów. Będzie ci ze mną jak w niebie.

- Tak, jeśli od dziś niebo jest nową definicją piekła. Spadaj, Potter!

- Dlaczego jesteś tak nieczuła na moje próby, Evans?

- Dlaczego jesteś takim bezmózgim matołem, Potter i nie pojmujesz odmowy?

- Evaaans…

- Poootter…

- Lily, Liluś, Lileńko…

- Gumochłonie, pancerniku, galopujący hipogryfie…

- Umów się, co ci szkodzi?

- Naprawdę chcesz, żebym zrobiła ci listę powodów?

- Evans i tak wiem, że coś do mnie czujesz…

- Tak, czuję, Potter. NIENAWIDZĘ CIE!

Nareszcie podziałało. Spojrzał na mnie żałosnym wzrokiem, który nagle przywiódł mi na myśl zaszczute zwierze. Wstał z kanapy, którą oboje zajmowaliśmy i opuścił pomieszczenie.

Jeszcze tego wieczoru byłam świadkiem jak całował się z Kate. Sama nie wiedziałam, dlaczego w moim sercu coś szarpało się boleśnie, kiedy na to patrzyłam. Przecież nie czułam do Pottera absolutni nic, byłam tego pewna. Owszem, był przystojny, zniewalająco pachniał i od czasu do czasu potrafił zachować się przyzwoicie. Ale nic poza tym. Kiedy właściwie uświadomiłam sobie, że to nieprawda? Chyba podczas imprezy z okazji moich siedemnastych urodzin, którą urządziły mi dziewczyny. Cały wieczór patrzyłam na szczęśliwą Kate w objęciach Pottera, a serce ściskał mi jakś dziwny żal. W którymś momencie uświadomiłam sobie, że chciałabym znaleźć się na miejscy dziewczyny.

* * *

Pokłóciłam się z Kate. Poszło o jakąś błahostkę, ale skończyło się tak, że wykrzyczałam dziewczynie to, co czuję do Pottera. Co właściwie czuję? Sama nie wiem. Chciałabym myśleć, że nie, ale zawsze byłam przeciwna oszukiwaniu samej siebie. Cóż, Potter miał inną, którą była moją przyjaciółka i chyba musiałam to zaakceptować. Tyle tylko, czy Kate nadal była moją przyjaciółką? Po słowach, które padły podczas naszej kłótni nie jestem tego już pewna.

* * *

- Lilka, czy ty mnie w ogóle słuchasz? – zapytała poirytowana Anabell. Ostatnio nie mogłam się na niczym skupić. Brakowało mi zaczepek Pottera, a jeszcze bardziej dołował mnie fakt, że zachowuję się jak jedna z tych głupich, pustych, zakochanych dziewczyn.

- Wybacz, An, nie mogę się skupić – powiedziałam i bez słowa wyjaśnienia wyszłam z dormitorium. W pokoju wspólnym czekała na mnie zaskakująca scena. Potter krzyczał na Kate, a po jej twarzy płynęły łzy.

- Gdzieś mam co do mnie czujesz, Kate! Od początku jasno przedstawiłem ci zasady. Chciałem, żeby Evans była zazdrosna, ale teraz widzę, że to nie daje efektów. Poza tym, jesteś bardzo męcząca.

-James! – krzyknęła. -James, jestem z tobą w ciąży!

- Kate nie bądź żałosna. Nigdy nie doszło między nami do niczego poza pocałunkami.

- Ale ja cię kocham! Nie możesz mnie tak zostawić, nie masz prawa!

- Nie? To patrz – rzekł i ruszył w stronę dormitorium. Niestety, nie zauważył mnie i już po chwili oboje leżeliśmy na ziemi.

- Evans…

- Jesteś skończonym dupkiem, Potter! – warknęłam, spychając go z siebie i wstając.

- Ale, Evans, inaczej nie zwracałaś na mnie uwagi!

- Daruj sobie, Potter – powiedziała wściekle Anabell, przytulając mnie do siebie ramieniem.

- Chodź, Lily – rzekła Alicja, ciągnąc mnie do dormitorium.

* * *

Kolejne dni były dla mnie trudne. Byłam całkowicie zagubiona w swoich uczuciach, ale jednego byłam pewna – nie chciałam widzieć na oczy ani Kate, ani Pottera. Pewnego marcowego wieczora wróciłam padnięta z kolejnej nieudanej randki z Krukonem, który okazał się być potwornym nudziarzem. Postanowiłam się wykąpać. Kate ostatnio wracała kiedy już spałyśmy, a wychodziła zanim się obudziłyśmy więc nie było jej w dormitorium. Nie specjalnie rozpaczałam z tego powodu. Wciąż byłam na nią zła. Weszłam do łazienki i odkręciłam wodę w wannie, lecz zaniepokoiły mnie wrzaski z pokoju wspólnego, więc zeszłam zobaczyć co się dzieje.

- POTTER I BLACK! JA WAS ZAMORDUJE! – Krzyki Minerwy McGonagall słyszał cały Hogwart, a ja w myślach rozważałam, czy aby nie powinno się jej wpisać do „wielkiej księgi rekordów Guinnessa”.

Weszłam do pomieszczenia i tam zastałam wściekłą nauczycielkę transmutacji oraz Blacka, stającego z rozbawioną miną.

- CZYLI UWAŻASZ ZA BARDZO ZABAWNE PRZYKLEIĆ WSZYSTKIE SKRZATY DOMOWE W KUCHNI DO ŚCIAN?!

- Tak jest, pani profesor.

- PORAZ OSTATNI PYTAM SIĘ, CZY POTTER BRAŁ W TYM UDZIAŁ?! NIE UWIERZĘ, ŻE SAM WYMYŚLIŁEŚ COŚ TAK GŁUPIEGO!

- Wątpi pani w moją inteligencję? – zapytał Syriusz, łapiąc się teatralnie za serce.

- Nie, Black, wątpiłam w nią, kiedy pierwszy raz przekroczyłeś próg tej szkoły. Teraz jestem pewna, że ty jej zwyczajnie nie posiadasz!

Black miał coś odpyskować, kiedy nagle do pokoju wspólnego przez obraz Grubej Damy wtoczył się pijany Potter.

- Dziń dbry pani psor – wydukał, ledwo trzymając się na nogach.

- Potter?!

-Tak, chba taak… Lily… moja Lilka. – Dostrzegł mnie i zanim zdążyłam cokolwiek zrobić, już mnie całował. Odepchnęłam go od siebie z taką siłą, że upadł pod nogi oniemiałej z wściekłości profesorki. W tym stanie z pewnością nie pachniał w sposób, który mógłby skłonić mnie do czegokolwiek, chyba, że do wymiotów.

- To się wkopał, łoś jeden – mruknął Black.

- Tyko ne łos! Jelen jestem!

- POTTER MASZ SZLABAN DO KOŃCA ROKU SZKOLNEGO RAZEM Z BLACKIEM!

- To nas załatwiłeś, stary…

Miałam ochotę wybuchnąć śmiechem, ale zamiast tego wróciłam do dormitorium.

* * *

- Anabell, może zamiast narzekać, że Remus nie zwraca na ciebie uwagi to zrób coś z tym i ty do niego zagadaj!

- Och tobie to łatwo powiedzieć, Frank szaleje za tobą od trzeciej klasy.

- Tak, ale ty jesteś ładniejsza ode mnie i po prostu nie da się ciebie nie lubić.

- Wygląd to nie wszystko! Liczy się wnętrze… A poza tym, ja chyba nie jestem w jego typie.

- Dzień dobry, dzieciaki. Dobra, sprawdzimy obecność i bierzemy się do roboty – powiedział powszechnie lubiany profesor zaklęć. – Anabell Crage?

- Jestem

- Syriusz Black?

- Jestem

- Kate Jones?

- Nie ma.

- Peter Pettigrew?

- Jestem

- Lily Evans?

- Jestem

- James Potter?

- Nie ma

- I Alicja Carter?

- Jestem

Zdziwiona zauważyłam, że nie ma Pottera i Kate.

- Black! Gdzie jest Potter? – szepnęłam w stronę bruneta, siedzącego przede mną

- Szykuje kawał.

- CO?! Jaki znowu kawał?!

- Zaraz się przekonasz -odparł z iście huncwockim uśmiechem na twarzy. Miał rację, bo nawet nie zdążyłam zapytać, co ma na myśli, a drzwi do klasy otworzyły się i wleciały do niej chochliki robiąc okropny bałagan. Profesor zrobiłby z nimi porządek, gdyby nie Black, który gwizdnął mu różdżkę, kiedy ten nie patrzył. Wszyscy zaczęli uciekać z sali, bo małe złośliwe stworki zaczęły wylewać wszystkim na głowy atrament. Jeden z chochlików uwziął się na mnie. Pewnie uciekłabym mu, gdyby nie Potter, który pojawił się nie wiadomo skąd i przytrzymał mnie. Cała uwalona atramentem spojrzałam mu prosto w oczy. Znów poczułam ten zapach. Niech go licho, ale piżm zmieszany z cytryną i czekoladą pachniał nieziemsko. Nasze twarze zaczęły się do siebie zbliżaj, a jego delikatna dłoń wsunęła się w moje włosy.

- Muszę iść – powiedziała, odsuwając się od niego gwałtownie. Złapałam za pasek torby i wybiegłam z klasy, jakby mnie ktoś gonił.

- Evans, a umówisz się? – Usłyszałam za sobą i mimowolnie uśmiechnęłam się delikatnie.

* * *

- Dziewczyny!

Wtargnęłam jak burza do dormitorium, w którym zastałam niewyobrażalny bałagan. Na ziemi leżało pełno ubrań i kosmetyków. No tak, nic nowego. Zazwyczaj wpychałyśmy to wszystko pod łóżka i udawałyśmy, że jest czysto.

- Co jest, Lil? – zapytała Alicja, zaskoczona moim „wejściem smoka”.

- Nie uwierzycie… Prawie się całowałam.

- O Słodki Merlinie! Z kim?

- Z Potterem – odparłam.

Na tę nowinę Alicja spadła z łóżka, na którym przysiadła przed chwilą. Nie zwróciłam na to większej uwagi.

- Wiem, jestem głupia. Głupia jak but Filcha, ale… Sama nie wiem. On… Słodki Merlinie, nie wiem co powiedzieć… Ja… ja chyba się zakochałam.

Jednak Alicja dalej nie wstawała z podłogi. Zaniepokojona podeszłam do niej, a ta co? Ze śmiechu się tam turlała.

- Ty małpo! Ja ci tu o moich problemach miłosnych opowiadam, a ty się ze śmiechu tarzasz?

Na moją zemstę nie musiała długo czekać, bowiem rozpętałam wielką bitwę na poduszki. Po chwili do dormitorium weszła Anabell, która dosyć szybo się do nas przyłączyła. Tak dobrze dawno się nie bawiłam. Odpuściłyśmy sobie resztę lekcji i zaczęłyśmy sobie opowiadać o chłopakach. Okazało się, że Anabell zdobyła się po lekcji na odwagę i umówiła się z Remusem, a Alicja ma w sobotę randkę z Frankiem. Świetnie, czyli zostanę sama. W sobotę było wyjście do wioski, ale ja się nie wybierałam. Z jednej strony mogłam pójść z Potterem, ale… ale chyba nie pozwalała mi na to moja duma.

Ni z tego ni z owego zachciało mi się czekolady i przypomniałam sobie, że powinnam mieć jeszcze całą tabliczkę w kufrze. Kiedy jej szukałam, natknęłam się na zdjęcie. Nie magiczne, ale zwyczajne, mugolskie. Postacie nie ruszały się na nim. Kiedy na nie spojrzałam, poczułam ukłucie w sercu. Byłam na nim ja i Severus. Zdjęcie zrobił nam jakiś uprzejmy przechodzień. Mieliśmy na nim po jedenaście lat i wyglądaliśmy na takich szczęśliwych. Chyba już miałam plan na sobotę. Musiałam się upewnić, że ze Snape’em wszystko zostało definitywnie skończone.